24_200 image

Naszą Kronikę tworzą pasjonaci turystyki rowerowej z całego kraju! Wspólnie przemierzamy szlaki na 6 kontynentach, od najpiękniejszych zakątków Polski, po przełęcze Himalajów. Jeśli prowadzisz stronę zawierającą sprawozdania z ciekawych wyjazdów - wyślij nam jej adres!

 

Dookoła Bałtyku 2009

Posted by Crosso.pl (crosso) on 11-02-2009 at 10:48:29
Wyprawy >>

Na Północ

Po rozdzieleniu się w Sztokholmie czułem, że rozpoczął się kolejny etap podróży. Nie wiedziałem co mi przyniesie i gnany ciekawością chciałem to sprawdzić. Pierwszy raz zostałem sam na tak długi okres czasu.
Jednak najpierw musiałem opuścić tę szwedzką metropolię, by móc wejść w jakiś rytm. Niestety wydostać się było równie ciężko co dostać. Zanim dojechałem do obszarów, które już zaczynały przypominać przedmieścia minęły dwie godziny. Wielkie te miasto nieco mnie przytłoczyło i chociaż była tam ładna starówka, cieszyłem się z możliwości dalszego kontynuowania podróży.

Koła potoczyły się po obszarach których nie miałem na mapie, chciałem bowiem uniknąć autostrady, i nieco odbiłem w bok. Dojechałem do Sigtuny, jednego z najstarszych miasteczek szwedzkich. Słyszałem o nim przychylne komentarze i zachęcano mnie do odwiedzenia.
Nieduże to miasto, podobnie jak inne napotkane później, położone nad jeziorem wyróżniało się spośród miast „jak na Alasce” jak je określiliśmy razem z Adamem. Stare miasto sprawiało miłe wrażenie, jego gęsta zabudowa i węższe niż w nowszej części uliczki przypomniały mi mój Czerwińsk z jego zabudową nadwiślańską. Sigtuna jednak wydała mi się większa i nieco nowocześniejsza, a także dało się odczuć wzmożony ruch turystyczny, szczególnie gdy próbowałem jedną z tych ulic przejechać. Do atrakcji należą również ruiny kamiennego kościółka. Nie był dla mnie szczególnie zachwycający, choć dotrwał do naszych czasów w dość dobrym stanie.


Kolejnym punktem na mojej trasie, który sobie wyznaczyłem była Uppsala. Wjazd od południa sprawił, że długo docierałem do Centrum. Udało mię za to odnaleźć tamtejszy Uniwersytet, oraz wydział do mojego analogiczny. Przed wyjazdem pokręciłem się dłużej po starszej części i ku memu zdumieniu zobaczyłem kościół gotycki o architekturze przypominający te budowane we Francji.
Opuściłem wiec ostatnie z miast które jakoś wiązało mnie z obszarem Sztokholmu. W tej części wyprawy pognałem do Kiruny.
Nazajutrz wjechałem do krainy upstrzonej jeziorami, szerokimi, ale płytkimi kamienistymi rzekami. Rzeźbą terenu była coraz wyraźniej zarysowana. Zwłaszcza gdy docierałem do dolin rzecznych.
Zwiększyły się też populacje komarów. Z dnia na dzień było ich więcej, rozbijanie i składanie namiotu było wielce utrudnione.

Parę razy przejeżdżałem po usypanych przez zbiorniki wodne groblach o długości nawet kilku kilometrów. Pierwsze miasto – Sandviken, w jakiś sposób przypomniało mi Płońsk. Każde kolejne sprawiało, że czułem rosnącą odległość od domu.
Pogoda był zróżnicowana, ale do przewidzenia. Najpierw było czyste błękitne niebo, powoli zaczynały wjeżdżać baranki, małe cumulusy których było coraz więcej, aż zaczynały zwiększać swoje rozmiary i potem widoczne zaczynały być wielkie deszczonośne chmury, z których co jakiś czas słychać było głuchy odgłos burz, jednak wyładowania nie następowały. W miarę mojego posuwania na północ moment opadów przesuwał się w czasie, i raz przeszedł nade mną, a raz nie. Wszystko to szło z południa, miałem więc przy okazji pomyślny wiatr. W wyższych rejonach zaczynało jednak ciągnąć nieco ze wschodu, od Bałtyku, ale zastanawiałem się czy nie stoję na drodze jakiemuś niżowi.
Moja trasa nie wiodła w pobliży gór, ani nie lawirowałem zbyt blisko morza. Tam się obawiałem zbyt dużych deniwelacji, przy Bałtyku zaś utrudnieniem mógł być wiatr. Ostatecznie jednak wiatr i wzniesienia dopadły mnie pośrodku;]
Wszędzie były drzewa. Było ich strasznie dużo, a odległości między miastami rzędu 40km zaczynały przytłaczać. Co jakieś 5km przejeżdżałem przez mniejsze miejscowości, jednak rzadko kogoś mogłem w nich spotkać. Przez jedno, które miałem wieczorem na trasie, słyszałem tylko odgłos wron. Gdybym przed wyjazdem z niej nie zobaczył dwóch osób, chyba bym zwątpił w to że tam ktokolwiek żyje.
Z dnia na dzień zwiększały się populacje komarów, a rozbijanie i składanie namiotu było wielce utrudnione. Północ jednak to także... renifery doprawdy spotkałem ich naprawdę wielkie ilości. Czemu? Chodziły sobie po drogach, przy drogach. Dopiero gdy podjechałem do nich na odległość około 50 metrów, zaczynały powoli umykać w las, trzymając głowę podniesioną do góry. Samochodów zaś wcale się nie bały. Schodziły dopiero, gdy te trąbiły. Były przyjemnym eventem na trasie ;D
Niestety nie wszyscy kierowcy uważali i na drogach czasem co nieco zostawało z minionych ich spotkań z nimi.
W drodze do Kiruny udało mi się odwiedzić dolinę Indalsälven, przepiękny region o znacznej deniwelacji, fragmenty Laponii, gdzie widziałem na horyzoncie góry w regionie Sarek, utworzoną w pobliżu hydroelektrownię, która dostarcza Szwecji 25% energii wodnej, no i najważniej – przekroczyłem Koło Podbiegunowe Północne ;D
Zaraz za kołem spotkałem Polaków, zbieraczy maliny moroszki zwanej również maliną północną albo JUKTRON. W odróżnieniu od naszej czerwona jest niedojrzała, jadalna jest żółta. Krzaczki przypominają poziomkowe. Rosną w raczej podmokłych obszarach i w okolicach torfowisk, stąd niezbędne dla zbieraczy były gumowce, a także wykorzystanie samochodów by przemieszczać się między jednym a drugim siedliskiem. Narzekali przy tym na komary i że w tym roku mało malin. Około 9kg na dzień wraz z żoną jeden zebrał, przy czym 1kg- 70koron, czyli około 30 zł za 1kg!!!
Dla porównania – truskawka około 6-7 za kg w początkowej fazie skupywania a ok.1-2 pod koniec sezonu. No ale różni się przecież też sposób zbiorów, ponieważ przypomina to bardziej indywidualne grupki poszukiwaczy złota niż masowe zbiory jak u nas.
Fartownie wkrótce potem samemu znalazłem garść i miałem okazję spróbować;]
Smakują nieco inaczej, ale nie umiem tego opisać;] W Polsce gatunek objęty ochroną, jest szansa znaleźć na północy kraju.
Po drodze spotkałem również najpierw Szweda i później Niemca. Z pierwszym gadałem naprawdę długo i na luzie. Z drugim miałem problemy, kiepsko mówił po angielsku i z takim silnym niemieckim akcentem;) obaj właśnie wracali z północnych rejonów, przy czym Szwed był pierwszy raz na takiej wyprawie i opowiedział mi nieco o Kabnekaise, najwyższych górach w Szwecji. Niemiec zaś wracał z Nordcapu, a cała jego podróż trwa przez całe wakacje. Gdy to pisałem, on jeszcze był w drodze. Poza tym nieliczne kontakty ze Szwedami, czy to w czasie uzupełniania u nich wody, czy też przypadkiem do mnie zagadywali, jak jedna kobieta pod sklepem ”I’m impressed” jak powiedziałem o tym co jeszcze przede mną
Na tym etapie podróży tylko raz zmieniałem dętkę – urwałem wentyl gdy chciałem zwiększyć ciśnienie w oponie;]
W Kirunie byłem po 10 dniach

Pora wracać

Rozbiłem obóz pod miejscowością Svappavaara około 50km przed Kiruną. Następnego dnia pojechałem do miasta, wszedłem na pobliski szczyt z którego roztaczał się wspaniały widok na góry, którego niestety mój aparat nie może oddać ;/ Również kopalnia prezentowała się okazale, niestety wysokość opłaty za wejście odstraszyła mnie nieco, wiec zrezygnowałem.
Nim wyjechałem zjadłem jeszcze pizzę i odrobinę naładowałem telefon.
Sama Kiruna była dla mnie jakimś symbolem, miastem do którego chciałem dotrzeć. Cała historia jego rozwoju jest dokumentowana od początku, a zaprojektowano je i wybudowano ponad 100 lat temu, jak pisało na tablicy, „w taki sposób by wiatr nie szalał tam tak jak w Umea” ponadto ulokowano je na wzgórzu (dużo miast północy było zlokalizowanych w dolinach rzecznych, albo nad jeziorami), a temperatura latem dochodziła 30 stopni.
Istotnie. Dni na północy spędzałem smażąc się, podczas gdy w nocy temperatura spadała do około13 w okolicach północy oraz prawdopodobnie 4 albo i mniej nad ranem, wtedy gdy zawijałem się w śpiwór, a nieraz spałem w ubraniu.
W tym obszarze drzewa były albo mniejsze, albo przestrzenie między zwartymi kompleksami były większe, w zamian za to widoczne stawały się tereny podmokłe.
Z Kiruny wracam dość wcześnie i mam mnóstwo czasu, by poczytać i porządnie odpocząć.
Nazajutrz prawie cały dzień jadę bez koszulki. Gorąco. W pierwszej wiosce przez jaką przejeżdżam w informacji pisało, że po Kirunie jest to najludniejsze miejsce w tym obszarze. Liczyło nieco ponad 1000 mieszkańców :D Dalsza droga jest długa, ale jej nie odczuwam. Myślami błądzę po Polsce i liczę za ile dni powinienem tam dotrzeć, szacuje ile etapów mnie czeka i gdzie mi wypadnie nocować.
Cały dzień nie działo się nic ekscytującego. Dopiero wieczorem po prawie 150km dojeżdżam do Pajala, gdzie robię obfite zakupy i zwiększając masę przemierzającą północ do około 130-140kg. Na szczęście wtedy, miałem mniej wody, więc byłem choć trochę lżejszy.
Wyjechałem pospiesznie, z nad Finlandii bowiem zbliżała się chmura deszczowa, obserwowałem ją i jechałem przed siebie nawet nie wiem jak, i chociaż zmoczyła mnie, to udało mi się uciec przed główną masą. Tym sposobem przed zachodem (które trwały długo i późno) dotarłem do Finlandii.


Finlandia

Obudziłem się kilka kilometrów od Pello, gdzie przekroczyłem granicę
Pierwsze kilometry nie różniły się zbytnio od szwedzkich. Lasy:)

Turlałem się powoli do Rovaniem gdzie dojechałem późnym popołudniem. Przejechałem przez centrum nie tracąc czasu. Zobaczyłem sobie budynek Arktikum czyli wystawa poświecona tym regionom i zmianom klimatycznym na kole podbiegunowym. Nie zajechałem również do tzw. Mikołaja ;P Zwłaszcza że jest to także kwestia polityczna – wg pierwszych legend ma on swoją siedzibę na aktualnej granicy Fińsko – Rosyjskiej, a że się nie nadaje to miejsce do tego, przeniesiono to do Rovaniemi.
W Rovaniemi znajduje się też wysunięty najbardziej na północ McDonald's. :D ale się tam nie stołuję.
W mieście było naprawdę DUŻO ludzi. Nawet w Kirunie, która była lokalnym ośrodkiem nie widziałem ich aż tylu.
Część Północną, niemalże równoleżnikową pokonałem w 3 dni, z czego jeden przez Szwecję, jeden przez Rovaniemi i jeden, który, zakończyłem jakieś 20km prze Kuusamo.
Po drodze znalazłem przyczepionego do tablicy informacyjnej freebooka, czyli wolną książkę. Uwolniona książka, wędruje z rąk do rąk, nikt nie zna osobiście poprzednich ani kolejnych tymczasowych właścicieli, którzy po przeczytaniu, zostawiają ją w jakimś miejscu, które opisują w necie. I tak książki sobie wędrują,…

Kuusamo wspominam źle. Wjechałem do miasteczka, które było jakieś wyludnione, wszyscy gdzieś zniknęli. Kończyły mi się zapasy, tak wody jak i jedzenia. A pieniądze miałem w koronach szwedzkich. Potrzebowałem znaleźć jakiś kantor, i jeździłem to tu, to tam i szukałem czegokolwiek, ale nie widziałem. Kręciłem się nie wiedząc gdzie. Pytani mieszkańcy nie umieli mi wskazać położenia takiego miejsca. Ostatni z zapytanych stał 100m od banku i też nie wiedział! Dopiero gdy te 100m przejechałem ucieszyłem się, lecz trwało to krótko. Wszedłem do środka, bank był połączony z apteką. Zapytałem o to. Poinformowano mnie grzecznie że dziś bank jest nieczynny i prawdopodobniej otwarty będzie jutro. Załamany wyjeżdżam z miasta i jadę na południe drogą zwaną Via Karelia. Z żalem patrzę na kurczące się zapasy, które wystarczyły mi do kolejnego dnia. Droga z takim niskim morale była ciężka i dłużyła się okropnie, dodatkowo żar lejący się z nieba, wszechobecne lasy i podjazdy.
Na noc zatrzymałem się 40km przed miasteczkiem Suomussalmi.


Z Euro w Kieszeni

Tu kilka słów o tym co może wydawać się dziwne. Czemu nie wymieniłem pieniędzy na euro na początku wyprawy.
Były dwa powody. Pierwszy to stosowana przeze mnie w każdej niemalże wyprawie, strategia wykorzystywania na bieżąco tego, co mam pod ręką. Dlatego też w czasie drogi do Sztokholmu wolałem jechać na makaronie, który wieźliśmy, a który trochę ważył i zajmował miejsce. Póki jechaliśmy razem wolałem to niż jakiekolwiek zakupy, choć i te były niezbędne, nieco urozmaicając naszą dietę i wzmacniając psychicznie. Zwłaszcza cukierki:)
Drugi powód – nie wiedziałem dokąd trasa mnie zaprowadzi, czy dotrę do Kiruny i czy nie wrócę przez Szwecję (chociaż zarzuciłem to, efektywniej było bowiem jechać przez kolejny kraj:) ) czy nie będę musiał wsiąść gdzieś w samolot albo pociąg (WAŻNE – w liniach szwedzkich nie można jechać z rowerem w pociągu, musi on mieć przynajmniej rozkręcone koła i stanowić bagaż. W Finlandii, nie jestem pewien, ale prawdopodobnie jest tak samo)
Dlatego też wymieniłem kasę na korony i z tym tylko postanowiłem jechać, kiedy wiedziałem że Finlandia mnie nie ominie, zrobiłem potężne zakupy w ostatnim mieście szwedzkim.
Tak więc obudziłem się rano z niebem zasnutym chmurami o porannej godzinie.

Ostatnie mleko jakie mi zostało – zmieniło się w coś seropodobnego. Mieszanka jaką miałem tego poranka razem z musli nie napełniła mi żołądka. Nie mogłem tego przełknąć. Większość wylałem, wybrałem tylko to co kakaowe i rodzynkowe w tym mixie.

Zobaczyłem też datę w aparacie. Okazało się że był to poniedziałek i wyjaśniło się czemu bank zamknięty, a miast było wyludnione ;P
Po drodze minąłem Silent People czyli wystawę strachów na wróble na jakimś polu.

Potem próbowałem dostać wodę od jakiegoś mieszkańca, który słabo gadał po angielski, ale zrozumiał szwedzkie vatten i butelkę, i tak dostałem przepyszna zimną wodę;]
Potem wjeżdżam do miasta, gdzie w informacji turystycznej dowiaduję się o lokalizacji banku i z powodzeniem wymieniam pozostałe mi 1050 koron na około 100 euro.
Krótkie zakupy i w drogę. Obserwowałem na kulminacjach wzniesień, to ile mi zostawało do kolejnej najwyższej kulminacji, i ile już pokonałem. Mając dobry czas myślałem że być może przejadę nawet przez Kajaani. Chmury które widziałem nad tym miastem i grzmoty, zmieniły moje postanowienia. Znalazłszy odpowiednie miejsce i rozbiwszy namiot dość wcześnie, odpoczywałem, trochę więcej poczytałem i około pół godziny po rozbiciu zaczęło padać. Była to nieco dłuższa i jedyna prawdziwa burza jaką przeżyłem w czasie wyprawy.
Wjeżdżam do Kajaani i jestem zachwycony tym że znów mam okazję widzieć tylu ludzi. Miasteczko ładne z interesującym kościołem z bogatymi drewnianymi zdobieniami z zewnątrz, chociaż nieco różowy.

I sporo rowerzystów jeżdżących od najmłodszych lat.
Woda znów mi się kończyła, ale sobie z tym poradziłem jak zwykle – znalazłem kogoś dopiero po przejechaniu jakiś czas na sucho.
Spotkałem również Szwajcara, który jechał ze swego kraju przez Austrię, Słowację, Polskę i mniej więcej moją przyszłą trasę, potem na północ pod granicę norweską, wracał na południe do Oulu spotkać się z przyjacielem, pojechać razem do Szwecji i udać się na hiking w tych górach, które zostawiłem po drodze. Powrót zaplanowany na maj. Była to jego druga wyprawa w tych rejonach, a jeździł również po Australii przez pół roku:)
Miłe to spotkanie dało mi tzw. „pałera” na jakiś czas. Tej nocy spałem na czymś w rodzaju platformy skalnej, w miejscu gdzie droga przecinała skaliste wzgórze. Było to kilka metrów od drogi i byłbym bardziej widoczny, ale zmniejszyłem nieco wysokość namiotu na tę noc.
Nazajutrz docieram do Kuopio, powolna ta jazda skutkuje obfitym deszcze w czasie wjazdu do miasta, którego jedną trzecią powierzchni stanowi woda, duża wilgotność wypędza mnie stamtąd i gdzieś tam tracę szprychę. Dziwnym sposobem, mimo niesprzyjającej mi pogody i ogólnego ciężkiego kierowania rowerem, docieram dość blisko miejsca, które oszacowałem na nocleg. Podobnie działo się każdego dnia, a pogoda była bardziej sprzyjająca niż tego dnia. Inna sprawa, że obóz rozbiłem około północy, a noce zdążyły się już znacznie wydłużyć. Tę cześć spędziłem przyjemnie, rozbudzając na powrót moją nocną połowę osobowości znaną z innych tras:)
Kolejny dzień bez rewelacji, kolejna kartka z kalendarz. Zobaczyłem za to jak robi się drogi na północy i tyle. Noclegu znowu szukałem w nocy, jednak wcześniej bo zmarzłem.

Ostatnie dni w Finlandii

A potem droga do Lahti. Prawie cały czas jechałem trasą rowerową, która raz była ścieżką, raz korzystała z lokalnej drogi, a natężeni odciążonym wskutek wybudowanej aż do Helsinek autostrady. Raz mi się pomyliła droga i zrobiłem kółeczko (nie chciałem wracać tą samą trasą) przejeżdżając przez las. Przy okazji w skutek swojej upartości tracę druga szprychę.
W Lahti pierwsze kroki kieruję w stronę skoczni, potem udałem się do centrum, gdzie postawili wielkiego mamuta na którym falowało futro, a dzieciarnia podchodziła i go dotykała.

Po chwili podszedł do mnie mówiący po angielsku jegomość, który jak wielu innych zainteresował się moją podróżą. Chwilę pogadaliśmy, do swojego synka mówił ”do you know where is Poland? And what is a capitol” :D Gdy mieliśmy się rozstać, poinformował mnie, że wkrótce będzie wraz z rodziną wybierał się na coś do jedzenia. Jako że ja również byłem głodny i rozglądałem się za cennikami, zapytałem go czy skoro jakiś czas tu mieszka, zna może jakieś miejsce z tanim a pożywnym jedzeniem, również zaczął narzekać na ceny jedzenia w tym kraju (podobnie jak Szwajcar :P). Jako że był Amerykaninem i uczył angielskiego, miał wśród znajomych Kurda, który pracował w jakiejś pizzerii i zaproponował mi, że jeśli ten będzie dziś pracował, to mam szansę na darmową pizzę. Głodny skorzystałem z propozycji i napełniłem żołądek, zawierając nowe znajomości.
Pierwotny plan zakładał, że kolejnym punktem będzie Poorvo, małe miasteczko z zabytkowym starym miastem wykonanym z drewna, przystanią rybacką i kościołem. Wyjeżdżając z Lahti czułem jednak, że nie powinienem jechać drogą, o której myślałem. Skierowałem się wiec po chwili wahania na Helsinki. Ujechałem spory kawałek, i natrafiłem na skręt z tej drogi, w który, kierując się przypadkiem, skręciłem.
W ten sposób pojechałem do Poorvo, tylko inną drogą, przed zmrokiem natknąłem się na Potholes czyli dziury w skale, wydrążone pod naciskiem lodowca i jakichś tam procesów. Najgłębsza miała ok. 10 metrów, a kompleks ten był drugim co do wielkości z 3 do tej pory poznanych na świecie.

Potem pobiegałem sobie wśród skał i zmęczony dotarłem do noclegu na 10km prze Poorvo.
Wstałem koło 4-5. Nie mogłem spać dłużej. Ruszyłem więc i wkrótce dotarłem do pierwszego od opuszczenia Sztokholmu miejsca, które już znałem. Pokręciłem się nad rzeką i ruszyłem podjazdem z kamieni pod kościół.


Tam widziałem małą prywatną wycieczkę, z daleka słyszałem dźwięki przypominające mi francuski. Podjechałem bliżej żeby zrobić zdjęcia, i do moich uszu zaczęły nabiegać znajome słowa, ale.... po polsku. Odwróciłem się patrząc przez moment po czym zapytałem: „Polska?” tak to byli rodacy na wyciecze. Poprzedniego dnia przypłynęli z Gdyni. Dopiero zamierzali trochę pojeździć po Finlandii, a potem wrócić przez 3 stolice jak ja, tylko głównymi. Fajnie chwilę pogadaliśmy, po czym mieliśmy ruszyć w swoją stronę. Zanim to się jednak stało, zapytany czy czegoś mi nie brak, odpowiedziałem że właśnie skończyła mi się woda. Ale choć się wzbraniałem dostałem również trochę jedzenia z Polski.
Zadowolony z możliwości porozmawiania w swoim języku od dwóch tygodni, ruszyłem do Helsinek.
Tak tylko mi się wydawało, nie wziąłem poprawki na wczesną godzinę i wydawało mi się że cień wskazuje mniej więcej północ, tymczasem był bliżej zachodu. Nie zwracając więc na niego uwagi, wiedziałem, że nie jadę dobrą bezpośrednią drogą do stolicy, miałem jednak nadzieję że gdzieś będzie możliwość na nią odbić.
Mapa Finlandii jaką posiadałem miała oznaczone jedynie drogi główne i nieliczne mniejsze.
W ten sposób jechałem na południe na wyspy pod Poorvo. Gdy wiedziałem, już a nie tylko przypuszczałem, że przegrałem sprawę, postanowiłem nie marnować okazji i trochę pozwiedzałem te okolice, lepiej dzięki temu je rozumiejąc i zapamiętując.

Nadłożywszy w ten sposób ponad 50km wróciłem do Poorvo i przede mną czekała druga 50tka – do Helsinek. Po drodze jakiś facet na kolarce powiedział mi abym podał jego żonie, która została za nim parę minut, miejsce gdzie będzie na nią czekać. Zaskoczyła mnie ta prośba, jak również sposób podejścia do żony i zaufanie jakie we mnie pokładał, a także jak by się ta historia skończyła gdybym nie przekazał jej wiadomości :D pocieszny typ.
Dojeżdżam do Helsinek. Pierwsze co zrobiłem po przebiciu się poprzez przedmieścia do centrum – zakup biletu. Do promu miałem prawie 3 godziny, tak więc mogłem odwiedzić kilka znanych miejsc i poznać nowe oraz móc „połączyć je z roweru”.



Do stolicy trafiłem w dobrym czasie, spóźniłem się co prawda na poranny pokaz lotniczy, którego ostatnie samoloty jeszcze udało mi się z daleka ujrzeć, zdążyłem natomiast na maraton. Tysiące biegaczy, również z innych krajów. Impreza na całego:) a także mogłem korzystać z kilku zablokowanych dla samochodów dróg w pełni na luzie. Minąłem również jakieś koncert, gdzie ludzie docierali w większości na rowerach :D
Gdy wracałem, spotkałem jeszcze Francuza, który dopiero rozpoczynał podróż po Finlandii, dowiedziałem się, że po francusku nic nie rozumiem:) na szczęście rozmawialiśmy w angielskim. No ale obaj się spieszyliśmy, miałem jeszcze pół godziny do cumowania, a byłem na drugim końcu centrum.
Jakoś tak się stało, że nie dotarłem bezpośrednio do portu swojego, choć byłem już tuż tuż, a zamiast tego skręciłem na południe :P
Na miejsce dotarłem dokładnie w chwili, gdy prom już wpływał i spokojnie mogłem zająć miejsce na czele kolejki, wraz z czterema innymi bikerami ()w tym trzech wesołych Włochów) oczekując na załadunek. Wjechaliśmy na górny pokład ładowni. Do tej pory, z Adamem byliśmy na dolnym. Wyższy był „nieco” niski:)
Ponad dwie kolejne godziny odpoczywałem na promie, gdzie udało mi się zaopatrzyć w wodę, fińskie zakupy sprawiły, że masa, która opuściła pokład, ważyła blisko 150 kg ;D
Była północ, gdy przejeżdżałem przez Tallin. Po drodze zagadał do mnie lokalny biker. Zamieniliśmy parę zdań i skierowałem się do Parnuu, nocując zaraz za miastem, tam gdzie już nie było widać zabudowy, a zobaczyłem jakieś krzaczki...



Bałtyckie Republiki

Obudziłem się w dzień pochmurny i deszczowy, dodatkowo znalazłem kleszcza, który przechadzał się po mojej nodze, ale nie wiem czy zrobił cokolwiek. W każdym razie krwi w nim nie widziałem. Na zewnątrz zostałem zaatakowany przez ślimaki, które obsiadły tak namiot, jak i rower. Cały dzień walczyłem z wiatrem (odkąd zacząłem jechać na południe wiatr generalnie mi nie pomagał, a od Tallina stał się naprawdę okropny) i co jakiś czas padającym deszczem. Było okropnie. Wieczorem dotarłem do Parnu za którym rozbiłem obóz w lesie. Mogło być interesująco w ciągu nocy. Wiatr tak bujał koronami drzew, które jak na mój gust były zbyt wysokie jak na swoją grubość, postanowiłem więc sprawdzić ich wytrzymałość. No a jak!!! Drzewo, o które oparłem rower, po lekkim pchnięciu przewróciło się i połamało w kilku miejscach. Została tylko część na której opierała się moja maszyna.
Po chwili szukania w pobliżu namiotu znalazłem drugie takie drzewo, które z pewnym hukiem również przewróciłem. Od pewnego czasu jednak miałem w poważaniu nadmierną ostrożność, wystarczało mi jedynie by namiot stał się wystarczająco mało widoczny. Uznałem, że ta noc była najbardziej niebezpieczna z dotychczasowych.
Następnego dnia pogoda świetna, a ja przeżyłem noc. Miałem 50 km do granicy z czego większość mogłem pokonać trasą która biegła w pewnej odległości od głównej i bardzo blisko morza.

Przed miastem Salacgriva spotkałem jeszcze raz rodzinę z Gdyni :) tym razem miałem wszystko co potrzebne, ale i tak wmusili we mnie taki fajny suszony chlebek z ziołami i czosnkiem, w paczce jak od chipsów.
Nocowałem około 40km od Rygi.
Wjazd do stolicy był okropny. Tzn. droga główna pokryta dobrym asfaltem, ale obok ciągnęła się lokalna której miejscami używałem. I to była masakra mając tak obładowany rower i koło bez dwóch szprych. Początkowa zabudowa napełniała smutkiem. Widoczne ślady komunizmu i taka atmosfera jak kilka lat temu w Polsce w niektórych miastach. Specyficznego klimatu dopełniał deszcz, a wszystko sprawiało, że czułem się przybity. Po pewnym czasie dotarłem do części bardziej zabytkowej. Każda ulica miała kamieniczki, bardzo wysokie w stylu staro rosyjskim. Wygląd aż do centrum się polepszał, choć gdzieniegdzie widać było, jakiś stary albo rozwalający się dom. Prawdę powiedziawszy najlepiej wyglądały cerkwie. Czym prędzej dotarłem do starówki i skierowałem na wschód, by wyjechać z miasta.

Droga między miastami była znośna, lecz gdy w deszczu przejeżdżałem przez miasto oddalone 10km od Rygi, myślałem że mnie (…) weźmie. DziurałatadziuradziuuuraAAaAA w miejskiej drodze, zalane wodą z opadów i do tego wzmożony ruch, bo to była główna!!!
Jakoś mi się udało... eh... prosta droga do granicy, a tuż przed nią przetacza się burza, która była tam na szczęście szybciej niż ja. Wkrótce spotkałem dwójkę Niemców, którzy jak i ja kończyli swoją wyprawę. Następnego dnia mieli wsiąść na prom z Rygi. Niestety choć nieco starsi zapewne ode mnie operowali angielskim dobrze, to chłopak mówił z takim akcentem, że ciężko szło go zrozumieć. A był to akcent brytyjski :P no ale Litwa stała przede mną otworem.

Do tej pory miałem tereny bardziej płaskie, z nielicznymi wzniesieniami, a domy przypominały użytkowane od lat bez większych remontów, mało gdzie ktoś miał coś świeższego. Pogranicze zaś zaskoczyło mnie totalną płaskością i wielkimi otwartymi przestrzeniami oraz... tym że nocować musiałem za polem kukurydzy, tak ubogo było w drzewa.

Z każdym kilometrem domy zyskiwały na jakości, a kolejnego dnia również teren się urozmaicił. Niemożliwie bawiły mnie tamtejsze drogi, których pokrętność można ujrzeć na parę kilometrów w przód. Litwa jak zwykle na całej długości mi się podobała, a tamtejsze dzikie jabłka doskonale uzupełniły kurczące się zapasy. Ostatnie dwa dni zagranicą, jechałem oszczędzając zapasy, i robiąc tyko jeden zakup za 1,30 lita, bo tyle miałem przy sobie ;D skupiłem się na jak najszybszym przedarciu do domu. Po drodze spotkałem Litwina, z którym próbowałem coś po rusku gadać, a raczej on próbował powiedzieć coś do mnie. Niestety dla niego, ja rosyjski znam słabo, w dodatku w jego wykonaniu nie zrozumiałem prawie nic, a facet wiózł jakąś bańkę i z lekka waliło mu trunkiem;) śmieszny incydent na trasie;]
Miałem przenocować przed Wilnem, ale tak się złożyło że dojeżdżałem o zachodzi słońca... i dzięki temu zwiedziłem go nocą. Oświetlone miasto tętniło życiem, może nie jak w dzień ale porównywalnie do naszej starówki. Pozachwycałem się tym miastem i pojechałem w kierunku Trok, znajdując nocleg na pograniczu tychże rejonów.

Rano znów odwiedziłem to miasteczko tym razem mogąc zrobić jakiekolwiek zdjęcia. objechałem jeziorko po jego zachodniej stronie i pognałem w długą drogę do Mariampola i Kalvariji tym samym wjeżdżając na szlak jakim jechaliśmy w zeszłym roku.



Polska

Przekroczyłem granicę przed zachodem słońca. Radośnie zajechałem do baru tuż pod granicą i zamówiłem de volai’a i naleśniki. Wreszcie nasycony po tak długiej podróży pojechałem w stronę Becejłów, gdzie nocowaliśmy rok temu. Rozbiłem obóz prawie w tym samym miejscu i starałem się zasnąć słuchając odgłosów dzikiego zwierza, jaki mi chodził koło namiotu. Dzik pewnie, ale nie ręczę za to. Zakupy również zrobiłem w tym samym sklepie. I pognałem na północ. Wiżajny i najwyższe w tym rejonie wzniesienie. Trójstyk granic. Wiadukty kolejowe w Stańczykach, świetne konstrukcje z czasów pruskich. Gołdap i masakryczna droga do Rapy, gdzie znajduje się grobowiec w kształcie piramidy. I wszystko to bardzo szybko w świetnym nastroju i pogodzie.


Po drodze pogadałem chwile z Adamem.
I dotarłem do Węgorzewa, tam gdzie rama mi pękła przed wyprawą. I co ja tam zastaję? Po ponad miesiącu podróży, kulturze osobistej spotykanych ludzi, miłych spotkaniach, i zainteresowaniu wyprawą zatrzymałem się przed mapą informacji turystycznej i zagadał do mnie jakiś człowieczek pomieszany od alkoholu pyta do you sapek english, gada jakieś nieistotne głupoty o rowerowych Niemcach i kaskach, i przechodzi do meritum czyli czy pożyczyłbym mu parę groszy :P Ba! Żeby to było tylko to.
Po chwili podszedł jakiś inny typek. Trzeźwy. I wypytuje czy naprawdę tak daleko itp. itd. Coś o grupie kolarskiej czy jakąś mam itd. No to samo! Czy miałbym może jakąś dla niego złotówkę. Wkurzyłęm się jak dawno tego nie robiłem, ale spokojnie odpowiedziałem to samo co pierwszemu (który odchodził, ale gdy przyszedł drugi, zawracał się do mnie jeszcze dwa razy, ale już nie zwracałem na typa uwagi) że właśnie wróciłem z dalekiej podróży i jedyne co mam to jedzenie by wrócić do domu.
Zniszczyli przy okazji mój humor aż do noclegu, który znalazłem, jadąc po ciemku od Węgorzewa, przed Mikołajkami.
Rozbiłem obóz przy polnej drodze po upewnieniu się że na pewno nic nie mam w pobliżu. Nie miałem innych możliwości, to była jedyna okazja jaką zmęczony znalazłem.
Rano obudziłem się i stwierdziłem że jeszcze chwilę pośpię. Minęło parę minut przejechał ciągniki w 7 minut spakowałem obóz czym prędzej czmychając.
Pojechałem nad jezioro Łuknajno potem szybko przez Mikołajki – Ukta- Szczytno (gdzie był jakiś koncert i posiliłem się kebabem) –Nidzica – Mława dokąd dotarłem po zapadnięciu zmroku, a gdzie następnego dnia odbyły się zawody Mazovii, na które przyjechała nasza skromna grupka:) podczas gdy ja odpoczywałem w domu.
Nie wiedząc, która godzina, wiedziałem tylko jaka jest przede mną odległość, postanowiłem nie nocować, tak jak zakładałem na początku, miedzy Mławą a Nidzicą, tylko jechać bezpośrednio do domu i zdziwiłem się kiedy do Płońska dotarłem na 10 minut przed północą. W domu byłem 2 godziny później, a cały ten nocny odcinek przejechałem z lampką, która świeciła tylko przez kilka sekund, potem potrzebowała przerwy by znów zaskoczyć.
Znaczy to że odcinek który z Płońska przejechałem dwa lata temu w całkowitej ciemności w pierwszej ponad dwustukilometrowej trasie, pokonywałem w niemalże identycznych warunkach na zakończenie wyprawy, która trwała niemalże 40dni i przejechałem w jej czasie ponad 5500km, a ostatni dzień zakończyłem odcinkiem 240 kilometrowym. No i straciłem 7kg.
Co będzie później? Ha! Zobaczymy:)

Powrót