pl | en | nl
 
10_200 image

Naszą Kronikę tworzą pasjonaci turystyki rowerowej z całego kraju! Wspólnie przemierzamy szlaki na 6 kontynentach, od najpiękniejszych zakątków Polski, po przełęcze Himalajów. Jeśli prowadzisz stronę zawierającą sprawozdania z ciekawych wyjazdów - wyślij nam jej adres!

 

Nordkapp 2008

Posted by Crosso.pl (crosso) on 10-14-2008 at 06:23:25
Wyprawy >>

Dzień 1: Katowice - Gdańsk
Dystans: 31 km
Średnia: 21.9 km/h
Czas jazdy: 1h 25min
Rozpoczynamy naszą wyprawę, O godzinie 19.00 wyruszamy do Katowic, jest pochmurno ale nie pada. Siostra od Pawła, Ania, wzięła nasze bagaże, a my na lekko jedziemy na dworzec PKP w Katowicach.
Dzień 2: Gdańsk - Turku
Dystans: 30 km
Średnia: 21.4 km/h
Czas jazdy: 1h 24min
Na dworzec w Gdańsku przyjechaliśmy wcześnie rano, więc korzystając z czasu wolnego-zwiedzamy centrum. Na drodze do lotniska spotyka nas pierwszy podjazd, który daje nam trochę w kość. Po gorączkowej akcji z pakowaniem rowerów i sakw oraz krótkim locie - docieramy do Turku. Po zapoznaniu się z okolicą, rozbijamy namiot w pobliskim lesie. W tle słychać dżwięki samochodów przejeżdżających autostradą. Dziwnie się zasypia bo w ogóle się nie ściemnia.

Dzień 3: Turku - Mynamaki
Dystans: 112 km
Średnia: 19.5 km/h
Czas jazdy: 5h 45min
Zwiedzamy Turku a następnie udajemy się do Naantali – krainy Muminków, idoli Grzesia :-). Nasze nie rozgrzane jeszcze nogi początkowo odmawiają współpracy, lecz po krótkim czasie łapiemy wiatr w żagle i jedziemy ze średnią prędkością 25 km/h w stronę Raumy. Jest już dość póżno, więc rozbijamy obóz ok. 20km od centrum. Pijemy pierwsze piwo w Finlandii! Na obiad jemy zupki i chowamy się w namiocie, bo rozpadał się deszcz.

Dzień 4: Mynamaki - Visarinmaki (za Pori)
Dystans: 140 km
Średnia: 22.4 km/h
Czas jazdy: 6h 15min
Wyjeżdżamy ‘z lasu’ i kierujemy się w stronę pierwszego sklepu, gdzie robimy zakupy na śniadanie. Jemy i zaraz potem zwiedzamy Raumę. Miasteczko przyciąga najciekawszą starówką w Finlandii, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Odwiedzamy pracownię lokalnej rzeżbiarki – pokazuje nam swoje prace (kiczowate rzeżby za… 5000 euro!). Jedziemy dalej, do Pori. Duże miasto, odbywa się tu jeden z największych w Europie festiwali jazzowych. Po zakupach, jedziemy dalej. Hitem Finlandii jest jogurt litrowy za 1 euro, który wraz z dropsami Pluszcz jest naszym paliwem. Trzeba przyznać, że póki co, śniadanie i kolacje mamy chyba lepsze niż w domu.
Dzień 5: Visarinmaki (za Pori) - Fagelberget (za Vaasa)
Dystans: 185 km
Średnia: 22.4 km/h
Czas jazdy: 8h 16min
Wyruszamy w kierunku Vaasy – czeka nas długa i nużąca droga bo do przejechania mamy 145km. Do centrum docieramy w godzinach popołudniowych. Ładne miasto, im bardziej na północ tym ciekawiej. Na uboczu, niedaleko centrum znajduje się mała wysepka z plażą. Rezygnujemy z kąpieli świadomi faktu, że soli z wody morskiej nie będziemy wstanie zmyć przez kilka następnych dni. Sympatyczny Fin, którego spotykamy po drodze pokazuje nam na mapie miejsca, które warto odwiedzić w północnej Finlandii i przestrzega przed komarami na północy. Jedziemy dalej i jakieś 20km za Vaasą rozbijamy namiot. Komary już teraz dają ostro popalić, a podobno ma być ich jeszcze więcej, tak?
Dzień 6: Fagelberget (za Vaasa) - Hiekkasarkat (przed Kalajoki)
Dystans: 171 km
Średnia: 21.9 km/h
Czas jazdy: 7h 48min
Jedziemy dalej drogą nr 8 by zwiedzić Jakobstad (Pietrastarri) i Kokkolę. Odbijamy z głównej drogi w lokalną, aby zobaczyć ‘archipelag siedmiu mostów’. Po drodze spotykamy dziennikarza ze szwedzkiej gazety, który robi nam zdjęcia i obiecuje napisać o nas artykuł. Super się jechało! Hasło dnia: „w sumie to dziś nogi mi odpoczęły” (Wojtek po 120km). W drodze do Jakobstad zatrzymujemy się nad jeziorkiem, robimy wielkie pranie i raczymy się pierwszą kąpielą od wyjazdu z Polski!

Dzień 7: Hiekkasarkat (przed Kalajoki) - Patenimi (za Oulu)
Dystans: 179 km
Średnia: 21.5 km/h
Czas jazdy: 8h 20min
Jemy śniadanie 13km od miejsca gdzie spaliśmy. Dzisiaj znów długa droga przed nami – planujemy dojechać aż do Oulu (ponad 150km), zwiedzić to miasto i wyjechać gdzieś poza rozbić namiot. Wojtek opowiada swój dziwny sen (szczegóły podarujemy szanownym czytelnikom) i całe rano marudzi, że pogryzły go komary. Faktycznie, wygląda jak jeden wielki bąbel. Udało się! Po bardzo krótkich postojach, dotarliśmy do centrum Oulu. Grześ narzeka na bolące kolano, Wojtek na pobolewający kark. Grześ obniżył siodełko i jak ręką odjął – ból w kolanie ustaje. Nie ma zmiłuj, jedziemy dalej, po zakupach i „obiedzie” w McDonald’s (hurra!) w postaci 5ciu cheeseburgerów za 1 euro każdy, zwiedzamy Oulu. Bardzo ciekawe i zadbane miasto. Przy brzegu, nad zatoką dookoła siedzą studenci na trawnikach, rozmawiają sobie i kulturalnie piją piwo. Nieopodal, znajduje się uniwersytet w Oulu z akademikami wyglądającymi jak nasze hotele 4*. Wszystko nowe, czyste, zadbane. Dlaczego u nas tak nie może być? Podchodzi do nas pierwsza pijana kobieta w Finlandii (właściwie to pierwszy pijany człowiek) i gada coś po przyjacielsku (oczywiście nie rozumiemy ani słowa). Aby ułatwić sobie drogę, jedziemy 12km autostradą! Jest już póżno, więc rozbijamy namiot nieopodal parkingu na drodze ekspresowej. Jezu, ile tu komarów! Aż roi się od nich w powietrzu! Finlandia to na szczęście płaski kraj i jedzie się tu jak po stole. Na pogodę nie możemy narzekać – od wyjazdu z Turku tylko raz padało.

Dzień 8: Patenimi (za Oulu) - Tervola
Dystans: 144 km
Średnia: 22.8 km/h
Czas jazdy: 6h 19min
Po śniadaniu na stacji benzynowej w pełnym słońcu, jedziemy w stronę Kemi. Po drodze zaczyna padać deszcz. Pada coraz mocniej, teraz już praktycznie leje. Gotujemy jajka pod supermarketem. Wszystko, przez Grzesia – podczas śniadania narzekał, że mu słońce za bardzo grzeje! Przejechaliśmy w deszczu 40km aż w końcu się wypogodziło. Źle się jedzie, bo w przeszkadza nam bardzo silny wiatr w twarz (a najbardziej temu, co jedzie pierwszy). Paweł wpada na Grzesia i… gleba, ląduje w rowie. Dojeżdżamy do Kemi, bardzo przeciętne miasto. Nie ma McDonalds’a, więc kupujemy mięso, szynkę, dołączamy nasz makaron z sosem i gotujemy wszystko w 0.5l wody! Miejsce w którym jedliśmy było dokładną repliką Stonehenge. Wyjeżdżamy z Kemi, wybieramy drogę lokalną, która prowadzi wzdłuż jeziora. Urzekają nas cudowne krajobrazy. Jest super, humory dopisują mimo coraz bardziej gryzących komarów.
Dzień 9: Tervola - 50km za Rovaniemi
Dystans: 154 km
Średnia: 21.7 km/h
Czas jazdy: 7h 6min
Rovaniemi! Widzieliśmy pierwszego renifera pasącego się tak jak krowy u nas. Zaczynają się pierwsze podjazdy, na razie w miarę krótkie i dość płaskie. Pierzemy ubrania w jeziorku i kąpiemy się, ale tylko po pas bo woda strasznie zimna. Jeszcze tylko 10km do koła podbiegunowego a słońce grzeje jak w Hiszpanii! Jedziemy cały czas w krótkich rękawkach. Dojeżdżamy do Napappiri – wioski św. Mikołaja. Znajduje się tutaj słynny znak informujący o przekroczeniu koła podbiegunowego a także urząd pocztowy św. Mikołaja i kilka sklepów z pamiątkami dla turystów. Po 3 godzinach dalszej jazdy, rozbijamy namiot. Kupiliśmy OFF! na komary, działa! Nie żrą włosy!

Dzień 10: 50km za Rovaniemi - 80km przed Ivalo
Dystans: 167 km
Średnia: 23 km/h
Czas jazdy: 7h 16min
Wyjeżdżamy rano „w kierunku” stacji benzynowej, której nie było przez 70km. Takim sposobem, brudni i bez śniadania dojechaliśmy do miejscowości Sodankyyla. Jemy solidny posiłek. Spotykamy grupę kolarzy z Włoch, którzy też podróżują z sakwami, ale nie śpią w namiocie tylko nocują w hotelach po drodze. Trochę (ale tylko trochę) zazdrościmy im ciepłego prysznica wieczorem. Rozbijamy namiot 70km od Ivalo, tym razem 2km od stacji i sklepu, co gwarantuje dobre śniadanko rano!

Dzień 11: 80 km przed Ivalo - 10 km przed Inari
Dystans: 114 km
Średnia: 21.9 km/h
Czas jazdy: 5h 12min
Dziś rozpoczynamy dobrym śniadankiem na stacji (wszystko z własnych produktów). Kończy nam się pierwsza butla z gazem. Jedziemy do Ivalo, ciężko się jedzie bo pod górę. Paweł już 3ci raz ściąga dętkę w poszukiwaniu dziury, w końcu znajduję druta w oponie, zakleja dziurę i jedziemy dalej. Jakieś 20km przed Ivalo góra się kończy (nareszcie!) i zaczyna się 20to kilometrowy zjazd. Pada pierwszy rekord prędkości (68km/h). Zbaczamy z głównej drogi, aby zobaczyć panoramę z pobliskiego wzgórza. Podjazd miał 20% pochylenia, ale na szczęście tylko przez kilometr – był to najbardziej stromy podjazd dotychczas. Tak ma wyglądać cała Norwegia??
Dzień 12: 10 km przed Inari - 15km za Karasjok
Dystans: 145 km
Średnia: 20.9 km/h
Czas jazdy: 6h 56min
Jedziemy dalej drogą nr 8. 35km za Inari skręcamy do Karigasniemi, gdzie znajduje się granica norweska. Droga zaczyna falować niczym sinusoida. Góra, dół, góra, dół i tak przez 66km. Po drodze spotykamy parę z Niemiec (jadą z Monachium, przez Norwegię, Finlandię, Polskę i może Austrię) – pół roku na rowerze. Jesteśmy pełni podziwu. Umyliśmy się dzisiaj w jeziorku, ale uciekaliśmy stamtąd szybko, bo gryzły nas zmutowane, 2centymetrowe końskie muchy. Robimy ostatnie zakupy i jemy obiad na granicy. Norwegia! Za granicą jedziemy do Karasjok, gdzie znajduje się zabytkowy budynek parlamentu Samów. Potem zaczyna się 15km podjazdu, rozbijamy namiot na działce za opustoszałym domem.
Dzień 13: 15km za Karasjok - Olderfjord
Dystans: 131 km
Średnia: 18.7 km/h
Czas jazdy: 7h 0min
Od rana jest pochmurno, jemy śniadanie 20km od miejsca, gdzie spaliśmy. Niestety pada deszcz, więc rozkładamy plandekę. Ładujemy telefony na stacji w Lakslev, a obiad jemy gdzieś po drodze do Olderfjord. Wycieńczeni, po całym dniu jazdy w deszczu, rozbijamy namiot w Olderfjord. Ciężko, dziś był pierwszy, całkowicie deszczowy dzień. Co zrobić, w końcu jesteśmy na północy Europy.
Dzień 14: Olderfjord - Nordkapp
Dystans: 136 km
Średnia: 16.4 km/h
Czas jazdy: 8h 18min
Dalej pada! Leniwie, śpimy w namiocie. Wojtek wychodzi na moment, aby wyjąć książkę z sakwy, wraca w pośpiechu zmarznięty. O 15 deszcz ustaje, więc składamy nasz sprzęt, jemy coś, robimy zakupy na pobliskiej stacji i o 17 wyruszamy na Nordkapp. Przejeżdżamy przez kilka tuneli, w tym prawie 7-mio kilometrowy tunel, łączący ląd z wyspą, na której znajduje się przylądek Północny. Tunel schodzi głęboko w dół, poprowadzony jest po dnie oceanu a różnica poziomów między wlotem a najniższym punktem to 211m! Zjazd w dół podnosi nam poziom adrenaliny, natomiast podjazd daje ostro w kość.

Zrobiło się już chłodniej, więc ubieramy się na cebulkę. Krajobraz staje się coraz bardziej surowy, a ślady cywilizacji zostały daleko za nami. O północy dojeżdżamy do Honigsvag- najbardziej na północ wysuniętego miasta (a raczej małej wioski turystycznej) w tej części Norwegii, gdzie jemy posiłek, ale dziwnie jasno… Od Nordkappu dzieli nas jeszcze 31km. Mając już ponad 100km w nogach, decydujemy się jechać, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, co nas czeka. Zaczyna kropić deszcz i zrywa się wiatr, który po chwili przeradza się w urywającą głowy wichurę. Brniemy dalej, krajobraz staje się coraz bardziej górzysty i srogi. Zimno i zmęczenie dają odczuć się coraz bardziej, ale przecież nie będziemy wracać! Panujące warunki to najlepsza okazja, aby przetestować skuteczność naszych ubrań, które rzekomo są wiatroszczelne i wodoodporne – niestety, już po godzinie mamy wszystko przemoczone. Chyba każdy z nas przeżywał chwile grozy i załamania fizycznego myśląc, że nie da rady. Mnie motywowała jedna myśl : „jak oni jadą to czemu ja mam nie dać rady!?”. Ile razy po drodze zastanawiałem się, dlaczego, po co?! Mogłem w tym czasie spać słodko w ciepłym łóżeczku w domu albo wygrzewać się gdzieś na ciepłych plażach. Po czterech godzinach walki z żywiołami wyłania się z mgły tabliczka informująca o opłacie za wjazd (200NOK, czyli 80zł) ale jako, że rowerzyści nie płacą (tym bardziej o 4 nad ranem!), unikamy opłaty. Godzina 4.29 – docieramy na przylądek! Mimo przemoczonych do ostatniej nitki ubrań i niesamowitego zmęczenia, każdy z nas ma na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Udało się! Daliśmy radę! 
        

Robimy sobie fotki przy sławnym globusie, bo tylko on ledwo wyłania się z mgły. Niedaleko znajduje się budynek turystyczny z restauracjami, sklepami, kinem, pocztą, ale o tej porze wszystko jest pozamykane. Podejmujemy desperacką próbę rozłożenia namiotu na otwartej przestrzeni. Wiatr urywa głowy i zrywa dopiero co wbite śledzie. Stało się jasne, że zwykłe śledzie nie będą wstanie utrzymać namiotu na tym wietrze. Znależliśmy w pobliżu pozrywane krawężniki, które posłużyły jako solidny ciężar, który był wstanie utrzymać namiot przy ziemi. Jeszcze plandeka do przykrycia rowerów! Walczymy z nią na wietrze, w końcu po prawie pół godzinie, wchodzimy do środka. Na zewnątrz wieje niesamowicie a powiewająca na wietrze plandeka przykrywająca nasze rowery wydaje złowrogie odgłosy, jakby zaraz miała odfrunąć w siną dal. Zapomniałem wyjąć z sakwy kaleson i skarpetek! Odkrywanie rowerów nie wchodziło w grę, bo nikomu nie chciało się walczyć jeszcze raz z wiatrem. Trudno, będę marznął…

Dzień 15: Nordkapp - Nordkapp
Dystans: 1 km
Średnia: 6 km/h
Czas jazdy: 0h 10min
To była niespokojna noc. Przeszywające zimno, wiatr, odgłosy powiewającej na wietrze plandeki i głosy ludzi, wyścibiających na chwilę nosy z samochodów, po czym wracających z powrotem nie dały nam spać. Na zewnątrz dalej pada, wieje i strasznie zimno. Zostajemy w namiocie, stało się oczywiste, że dzisiaj nie wyruszymy w drogę powrotną. O 15tej podejmujemy desperacką próbę opuszczenia namiotu, aby przejść do „schroniska”, może będzie dało się wysuszyć tam nasze rzeczy. Rowery zostawiamy w przedsionku i wchodzimy do środka, jest tam ciepło i przyjemnie. Grzejemy się przy herbacie i jemy pierwszy liofilizat. Dochodzimy do siebie po poprzednim dniu. Przed 01.00 wychodzimy z ośrodka, Grześ zauważa, że zeszło mu prawie całe powietrze z opony. Jakby tego jeszcze było mało, pękła mu szprycha (pewnie z zimna). Szybki serwis, obsługa nas już wygania bo chcą zamykać ośrodek. Na dworze jest strasznie nieprzyjemnie, dalej mocno wieje, pada deszcz, momentami przechodzący w śnieg. Kilka metrów przed namiotem, Wojtkowi wkręcił się w kasetę sznurek mocujący karimatę do konstrukcji bagażnika. Skostniałymi palcami, walczymy ze sznurkiem i po kilkunastu minutach udaje się spowodować, że tylne koło znów zaczyna się obracać. Jest po 2.00 – naprawa dwóch rowerów zajęła nam ponad godzinę, kolejną godzinę na wietrze i w deszczu… Wsuwamy się potulnie do śpiworów i śpimy, nikt nic nie mówi… Szczerze powiedziawszy, w takich warunkach jeszcze chyba nikt z nas nie spał.
Dzień 16: Nordkapp - Olderfjord
Dystans: 137 km
Średnia: 17.7 km/h
Czas jazdy: 7h 44min
Budzimy się rano wcześnie i w podskokach, uciekamy z Nordkappu! Droga powrotna była już trochę bardziej z górki, lecz mimo wszystko wcześniejsze zmęczenie spowodowało, że też był to nie lada wysiłek. Do Honigsvag przyjeżdżamy ok. 13, gdzie myjemy się i jemy śniadanie.

Przez dobrą godzinę wygrzewamy się w słońcu, już dawno nie cieszyliśmy się tak ze słońca jak teraz! Wyruszamy w drogę powrotną do Olderfjord, przed nami znów ponad 100km tej samej drogi, którą przemierzaliśmy dwa dni temu i znów ten sam straszliwy tunel!

Przez dobre 80km mocno wieje w twarz, dlatego jedzie się bardzo ciężko. Po walce z wiatrem, docieramy w końcu do Olderfjord, jemy obiad na znajomej już stacji, miła pani w restauracji daje nam wrzątek. Na pobliskim polu namiotowym bierzemy pierwszy gorący prysznic od dwóch tygodni (za 5zł). Rozbijamy namiot tam gdzie 2 dni temu, nad brzegiem morza. Kładziemy się spać, w tle słychać kojący dżwięk łódki pływającej po morzu, nie wieje…
Dzień 17: Olderfjord - Alta
Dystans: 108 km
Średnia: 17.2 km/h
Czas jazdy: 6h 17min
Śpimy długo, bo do 12.30. Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach – mogłoby się wydawać, że teraz będzie już tylko łatwiej i z górki. Przed nami długa, całodzienna droga do Alty. Niestety, dalej wieje mocny przedni wiatr, skutecznie utrudniający jazdę. Zaliczamy pierwszy podjazd, na 385m n.p.m., cały czas jest zimno, pochmurno a na dodatek znów zaczyna padać. Wieje tak mocno, że nawet podczas jazdy z górki trzeba pedałować, aby nie stanąć w miejscu. Hardkor! Nasze ubrania nawet nie zdążyły wyschnąć, kiedy znowu przemoczył nas padający deszcz i unosząca się w powietrzu wilgoć. Rozpoczyna się 10km ostrego zjazdu w deszczu, widzę przed sobą tylko oponę i chlapiący wodą błotnik Pawła. Na dole pogoda jest już lepsza, przestało padać i nawet trochę się rozchmurzyło. Wjeżdżamy do Alty i od razu poprawiają nam się humory – mając w perspektywie ciepłą kolację, wcześniejsze przeżycia wcale nie wydają mi się takie hardkorowe. Po 23.00 doczekaliśmy się ciepłej kolacji w wykonaniu Pawła i jego butli gazowej na stacji. Miła pani, pracująca na stacji umyła nam naczynia :-) Dziś był piąty z kolei dzień walki z żywiołami. Optymistycznie nastawieni na poprawę pogody jutro, rozbijamy namiot niedaleko miejsca, gdzie jedliśmy kolację.
Dzień 18: Alta - 10km przed Burfjord
Dystans: 105 km
Średnia: 16.9 km/h
Czas jazdy: 6h 13min
W końcu wychodzi słońce! Wiatr nadal wieje, ale zdecydowanie mniej niż wczoraj! Zrobiło się trochę cieplej, więc możemy w końcu ubrać krótkie spodenki (wprawdzie na niedługo, ale zawsze coś!). Zaglądamy do muzeum w Alcie, gdzie oglądamy najstarsze ryty skalne w północnej Europie. Za Altą zmienia się krajobraz, otaczają nas coraz wyższe góry a wcinające się głęboko w ląd fjordy wyglądają niczym alpejskie jeziorka. Pod wieczór niebo się rozchmurzyło i zachód słońca rozświetlał chmury wszystkimi odcieniami czerwieni, robiąc nadzieję na ładną pogodę jutro.
Dzień 19: 10 km przed Burfjord - Storslett
Dystans: 80 km
Średnia: 18.5 km/h
Czas jazdy: 4h 19min
Niestety, wczorajszy wieczorny optymizm został szybko ugaszony porannym deszczem. Chmury zeszły prawie do poziomu morza, psując wszelkie nadzieje na słońce. Dzień zaczął się od ostrego podjazdu, jesteśmy cali mokrzy, od zewnątrz z deszczu i wilgoci a od środka spoceni. Po południu deszcz ustał i zaczęło się przyjemnie jechać. Dotarliśmy do Storslett, dziś ujechaliśmy tylko 80km bo Paweł rozerwał oponę. Kiepska opona marki Kelly’s nie wytrzymała obciążenia i się poddała.

Dzień 20: Storslett - Tromso
Dystans: 118 km
Średnia: 18.2 km/h
Czas jazdy: 6h 29min
Dzień rozpoczynamy od szukania sklepu rowerowego, aby kupić oponę dla Pawła. Poranny serwis- Paweł wymienia oponę, Grześ już trzecią szprychę. Dziś przed nami dwie przeprawy promowe. Rozpogodziło się i do końca dnia była dziś piękna pogoda. Dookoła same wysokie i strzeliste góry, krajobraz typowo alpejski! Pogoda dopisuje, dookoła piękne widoki, wszystko to powoduje, że jedzie się super a do tego, jak na Norwegię, jest w miarę płasko. Pod wieczór, Grześ znów wymienia kolejną szprychę… Rozbijamy namiot przed Tromso, jedyne miejsce oddalone od zabudowań to mały lasek na zboczu góry. Ciekawe czy się wyśpimy na tej górce
Dzień 21: Tromso - Ersfjord
Dystans: 100 km
Średnia: 17.2 km/h
Czas jazdy: 5h 49min
Dzisiejsza noc z pewnością nie należała do spokojnych, górka na której spaliśmy skutecznie uniemożliwiła nam wyspanie się. Udajemy się na zwiedzanie Tromso (a właściwie to jedziemy w poszukiwaniu stacji benzynowej i sklepu, aby się umyć i najeść!). Tromso to duże miasto, zbudowane na dwóch brzegach Balsfjordu. Po drodze przejeżdżamy przez dwa mosty, które wyglądają jakby architekt je projektujący zrobił sobie żart i wyciągnął je niepotrzebnie do góry. Po krótkiej chwili namysłu orientujemy się, że jest to celowe, aby łódki pływające pod spodem mogły swobodnie przepłynąć. Ładna pogoda dalej się utrzymuje, więc jedziemy przez Kvaloy (chyba ulubione miejsce Pawła!) na wyspę Senja (drugą co do wielkości w Norwegii), znajdującą się na naszej drodze na Lofoty. Dookoła rozpościerają się niesamowite widoki, a okoliczne wysepki wyglądają jak wyspy na Morzu Śródziemnym, tylko temperatura nie bardzo! To chyba pierwszy dzień, kiedy Wojtek narzeka, że żle mu się jedzie, bolą go trochę nogi i brzuch. Jemy obiad za przeprawą, jesteśmy już na Senji. Jedziemy najbardziej chyba malowniczą dotychczas drogą wzdłuż wybrzeża, pomiędzy strzelistymi górami. Jest przepiękny zachód słońca. Paweł tak się rozpędził, że chciał jechać jeszcze kawałek, rano wstać wcześnie i jechać szybko, aby zdążyć na pierwszy prom na archipelag Vesteralen – my z Grzesiem zaoponowaliśmy i zdecydowaliśmy, że nie ma sensu się gonić, póżniejsze promy też pływają. Znależliśmy niesamowite miejsce – świeżo wybudowany MOP ze stolikami, ubikacjami a nawet grillem. Ku naszej uciesze, grill jest jeszcze ciepły, więc wyciągamy nasz zapas parówek i jemy super kolację! Namiot rozkładamy na skale, bez użycia ani jednego śledzia.

Dzień 22: Ersfjord - Risoyhamn
Dystans: 115 km
Średnia: 20.3 km/h
Czas jazdy: 5h 40min
Po małym opóżnieniu spowodowanym dwoma dziurami w dętce Pawła, wyruszamy do Gryllefjord, aby zdążyć na przeprawę promową o 15.00. Po drodze spotykają nas dwa długie i dość ostre podjazdy. Lekka napinka, bo do 15tej czasu coraz mniej a przed nami wciąż kawał drogi. Ostatnie 5km to był prawdziwy wyścig z czasem, udaje nam się złapać prom na 3 minuty przed odpłynięciem. Uff! Wojtek spada ze schodów na promie! Poleciał od pierwszego schodka aż do samego dołu, robiąc przy tym hałas i zwracając na siebie uwagę przypadkowych kibiców. Na szczęście jest cały i zdrowy. Już na wyspie Andoya (archipelag Vesteralen). Jedzie się super, wreszcie zrobiło się płasko i wiatr zaczął wiać w plecy – jak w Finlandii. Pod wieczór zaczął kropić deszcz ale tak to sobie może kropić!
Dzień 23: Risoyhamn - Budalen
Dystans: 105 km
Średnia: 21.4 km/h
Czas jazdy: 4h 54min
Piękny poranek! Słońce i zapierające dech w piersiach widoki powodują, że łapiemy wiatr w żagle. Docieramy do campingu, gdzie kąpiemy się po raz drugi – tym razem za… 25zł! Nie zrozumieliśmy się z właścicielem campingu, bo okazało się, że prysznic kosztuje nie ‘fifteen’ ale ‘fifty’ NOK. Cóż, przynajmniej czyści jesteśmy. Po drodze do Sortland, przeprawiamy się przez kilka niesamowicie widowiskowych mostów, nie dość, że pod górkę, to jeszcze powykręcane. Pod wieczór przeprawiamy się na Lofoty i tam jemy kolację. Urzekają nas niesamowite widoki – wysokie, grożne góry i jaskrawa zieleń oświetlona ostrym, zachodzącym słońcem. Grześ pobił dziś rekord w ilości pękniętych szprych w ciągu jednego dnia – 4!
Dzień 24: Budalen - Vareid
Dystans: 114 km
Średnia: 18.7 km/h
Czas jazdy: 6h 6min
Lofoty są piękne! Strome, niemalże pionowe ściany, schodzące prosto do krystalicznie czystej wody. Dalej jest piękna pogoda, jemy śniadanie w Svolwaer, gdzie spotykamy Niemca podróżującego samotnie z Nordkappu do Oslo – tak jak my! Mówi nam o czymś, co od dzisiaj stało się wyznacznikiem naszego rytmu dnia – na stacji Statoil można kupić kubek za 25zł, który póżniej można napełniać do woli ciepłymi napojami z automatów na każdej stacji Statoil. A, że Statoil to norweska korporacja i ich stacji jest na prawdę dużo – cieszymy się na ciepły napój prawie każdego dnia! Jedzie się super, kilometry lecą same mimo, że wiatr wieje w twarz. Wojtek słucha muzyki i wystukuje rytm na kierownicy. Obiad na Statoilu w Leknes, oczywiście z wiadomych powodów:-) Na koniec dnia tunel na wyspę (podobny do tego, co na Nordkapp, lecz zdecydowanie krótszy i bardziej przyjemny).
Dzień 25: Vareid - Bodo
Dystans: 66 km
Średnia: 17.9 km/h
Czas jazdy: 3h 41min
Jemy śniadanie na piaszczystej plaży, krajobraz niczym na Wyspach Karaibskich, tylko trochę za zimno! Nasza przygoda z Lofotami dobiega końca, kierujemy się w stronę przeprawy promowej do Bodo. Po drodze minęliśmy malownicze miasteczko Reine – idealne miejsce, żeby się zestarzeć. Prom do Bodo spóżnił się 2h, płyniemy 4h, więc w Bodo jesteśmy pod wieczór. Nie ma Statoila, więc poranne dobre humory trochę nam się psują, na wyjeżdzie z miasta znależliśmy stację! Przed spaniem pijemy cudowną, ciepłą kawę. Hasło dnia Pawła: „jest kapustowo” (określenie na wielką, gęstą trawę:-)
Dzień 26: Bodo - Ornes
Dystans: 122 km
Średnia: 18.8 km/h
Czas jazdy: 6h 29min
Przywitała nas rano piękna pogoda, ostatnio tak ciepło było chyba w Finlandii! Opalamy się w słońcu, oby tak dalej! Rozpoczynamy naszą wycieczkę ‘szlakiem wybrzeża’, czyli drogą nr 17. Odwiedzamy po drodze Saltstraumen - miejsce, gdzie występują najsilniejsze na świecie pływy morskie. Podobno zdarzało się, że ogromne wiry pochłaniały małe łódki. Brniemy dalej na południe mijając kilka tuneli aż docieramy do Ornes. Jemy obiad w porcie, otoczonym skalistymi górami, oświetlonymi brunatnoczerwonym światłem zachodzącego słońca. Grześ postawił piwo z okazji zdania egzaminu CPE! Było to pierwsze piwo od granicy Fińsko-Norweskiej.
Dzień 27: Ornes - Stokkvagen
Dystans: 93 km
Średnia: 18.2 km/h
Czas jazdy: 5h 7min
Dziś jazdę urozmaicają nam częste przeprawy promowe, oprócz tego to dzień jak każdy poprzedni. W Stokvagen planujemy przeprawić się promem, aby zaoszczędzić sobie 140km jazdy dookoła fiordu. Niestety, okazuje się, że prom pływa tylko rano. Trochę zdegustowani i bez wyjścia, odpoczywamy na przystani. Niespodzianka! Okazało się, że można zadzwonić na statek pływający między okolicznymi wysepkami, coś jak przystanek na żądanie. Za godzinę podpływa katamaran linii ‘Speedboat’, który zabiera nas do Sandnessjoen. Kończy nam się kolejna butla z gazem, a od wczoraj nie było gdzie kupić, na resztkach gazu gotujemy obiad, udało się! Znów śpimy w „kapustowie”

Dzień 28: Stokkvagen - Berg
Dystans: 105 km
Średnia: 22.1 km/h
Czas jazdy: 4h 45min
Poszukiwania butli z gazem znów kończą się niepowodzeniem… Przez 40km jedziemy płaską i prostą drogą, na której kilka lat temu odbywał się maraton. Mijamy dwie dziewczyny jadące z sakwami, rzadki ale bardzo motywujący widok!! :-D W Bronoysund udało nam się znależć butlę, więc mamy na czym ugotować obiad. Po obiedzie jedziemy dalej płaską drogą, aż do Berg. Zobaczyliśmy pierwszą gwiazdę!
Dzień 29: Berg - Hoylandet
Dystans: 120 km
Średnia: 22.1 km/h
Czas jazdy: 5h 26min
Zalało nas w nocy! Niczego nie świadomi, rozłożyliśmy wczoraj namiot nad brzegiem morza. O 3 nad ranem Paweł mówi zaspany: „śpimy na łóżku wodnym czy co?” Otwieramy oczy i z niedowierzaniem stwierdzamy, że dookoła nas jest pełno wody, która nieubłaganie zaczyna wlewać się do namiotu. W panice wychodzimy na zewnątrz, co się okazało? Przyszedł przypływ i podmył nam namiot! Wody było prawie, że po kolana, a wyjście z ciepłego namiotu do lodowatej wody z pewnością nie należało do przyjemnych doświadczeń. Przenieśliśmy namiot kilka metrów wyżej i bezradni, schowaliśmy się z powrotem w mokrych już śpiworach, aby doczekać poranka. Na szczęście obudziło nas słońce, więc mogliśmy wysuszyć wszystkie nasze mokre rzeczy. Jedziemy dalej, robiąc krótki postój przy prysznicach w porcie. To już trzeci prysznic! Po przeprawie, po drugiej stronie fiordu przywitała nas brzydka pogoda, zaczyna kropić deszcz. Jedzie się żle, bo droga zaczęła falować jak sinusoida. Dojeżdżamy do Hoylandet, gdzie jemy kolację i rozbijamy obóz.
Dzień 30: Hoylandet - 20km za Steinkier
Dystans: 127 km
Średnia: 20.4 km/h
Czas jazdy: 6h 14min
Niestety, znów pada deszcz. Bierzemy go na przetrzymanie, jedząc długo śniadanie i planując drogę na następne dni. Przed nami jeszcze prawie 1500km, zapowiada się najciekawszy ale chyba też najtrudniejszy i najbardziej wymagający odcinek naszej wyprawy. Przestało padać, więc wyruszamy w drogę. Tym razem Paweł wymienia szprychę. Dojeżdżamy do Steinkier, gdzie kupujemy dwa ogromne kurczaki i jemy je prawie że z kośćmi!
Dzień 31: 20km za Steinkier - Malvik
Dystans: 98 km
Średnia: 20.1 km/h
Czas jazdy: 4h 53min
Jedziemy do Trondheim! Przyjemna droga, ale tylko przez kawałek, bo po kilkunastu kilometrach zaczęła się droga ekspresowa. Po doświadczeniach z Oulu, kiedy jechaliśmy autostradą, szukamy alternatywy. Przejeżdżamy przez Stjordal i bocznymi drogami udajemy się na przedmieścia Trondheim. Dziś okazało się, że musimy zmodyfikować naszą pierwotną trasę, gdyż nasz samolot wylatuje z Oslo, a nie Stavanger, jak planowaliśmy wcześniej. Zaczynamy nastawiać się psychicznie na ostatnie ostre, pełne przygód 1000km.
Dzień 32: Malvik - Himdal
Dystans: 57 km
Średnia: 13.5 km/h
Czas jazdy: 4h 13min
Poranna droga do Trondheim była bardzo nieprzyjemna, bo jechaliśmy bez śniadania drogą rowerową przez rozległe przedmieścia, która wiła się w nieskończoność. W pierwszej kolejności odwiedzamy gotycką katedrę, największą w Skandynawii. W Trondheim znajduje się jedyny na świecie wyciąg dla rowerów, zabawa zajmuje nam ponad godzinę. Trondheim to warte odwiedzenia miasto.

Na koniec dnia żle nam się jedzie - musimy wydostać się z miejskiego gąszczu autostrad i dróg ekspresowych, co jest nie lada wyzwaniem. Zmęczeni pierwszym od dłuższego czasu większym miastem, rozłożyliśmy się w pierwszym lepszym miejscu, chyba na czyimś polu.

Dzień 33: Himdal - Aspoya
Dystans: 147 km
Średnia: 22.9 km/h
Czas jazdy: 6h 25min
W nocy było strasznie zimno! Rano obudziło nas ostre słońce, więc pełni optymizmu jemy śniadanie i wyruszamy w dalszą drogę. Kupiliśmy wczoraj bilety na samolot, wylot za 17 dni. Przed nami jeszcze kawał drogi a mnie wydaje się już, jakbyśmy lada dzień mieli wracać do Polski. Dotarliśmy do Aspoya, dziś był dzień ostrego pedałowania, zwieńczony chyba najlepszym obiadem na wyjeżdzie – zupą serową z fasolą i makaronem z sosem i serem na drugie danie. Mimo dwóch długich podjazdów, dziś jechało się chyba najlepiej w Norwegii.
Dzień 34: Aspoya - Molde
Dystans: 121 km
Średnia: 19 km/h
Czas jazdy: 6h 22min
Postanowiliśmy nadrobić 60km drogi, aby zobaczyć Kristiansund – miasteczko położone na czterech wyspach i przejechać Drogą Atlantycką, prowadzącą przez 8 mostów, wspierających się na małych, malowniczych wysepkach. Zdecydowanie warto było zboczyć z trasy dla tych niesamowitych widoków!

Do Kristiansund prowadził trzeci już podwodny tunel, ten był dość długi i nieprzyjemny. Zamykająca się brama promu mało co nie złamała ramy w Pawła rowerze! Tym razem ominął nas deszcz, widzieliśmy szalejącą ulewę na horyzoncie. Śpimy w Molde a jutro... Trollstigen!
Dzień 35: Molde - Valldal
Dystans: 114 km
Średnia: 19.1 km/h
Czas jazdy: 5h 58min
Całą noc mieliśmy wrażenie, że ktoś chodzi dookoła naszego namiotu. Rano wyruszamy do Andalsnes, miasta, w którym rozpoczyna się Trollstigen - Drabina Trolli. Po 40km rozpoczynamy wspinaczkę, wszystko zaczyna się od płaskiego podjazdu przez las, potem droga zaczyna kręcić się coraz bardziej aż w końcu naszym oczom ukazuje się ogromna góra z wyrytą w niej drogą – Trollstigen. Pokonujemy 11 zakrętów o 180 stopni, po drodze podziwiając zapierające dech w piersiach widoki. Dojeżdżamy na szczyt przełęczy (860m n.p.m.). Szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się, że będziemy bardziej zmęczeni. Z góry rozciąga się niesamowity widok na całą dolinę, w dole widać wijącą się Trollstigen. Zaczyna się zjazd, który ma 32km. Jest to najdłuższy zjazd dotychczas. W porcie w Valldal jemy kolację i kapiemy się czwarty raz!

Dzień 36: Valldal - Stryn
Dystans: 90 km
Średnia: 15.5 km/h
Czas jazdy: 5h 48min
Dzień zaczyna się od przejazdu przez tunel, na szczęście krótki i po płaskim. Płyniemy wzdłuż chyba najbardziej rozreklamowanego fiordu w Norwegii – Geirangerfjord. Po drodze przysypiamy trochę, bo poszliśmy spać o 2 w nocy, a wstać trzeba było wcześnie, żeby zdążyć na statek. Po drodze mijamy słynny wodospad ‘Siedmiu Sióstr’ oraz pozostałości po farmach, wybudowanych na szczytach skał, w niedostępnych dla ludzi z zewnątrz miejscach. Prom cumuje w miejscowości Geiranger, skąd rozpoczynamy karkołomną wspinaczkę na przełęcz Djupvashytta (1050m n.p.m.), a potem na szczyt Dalsnibba (1500m n.p.m.). Łączna długość podjazdu to 22km, zajęło nam to dobre 5 godzin z przerwą na posiłek na przełęczy. Od przełęczy zaczęła się szutrowa droga, ale trudy wspinaczki na szczyt rekompensowały niesamowite widoki! Mieniące się wszystkimi odcieniami granatu jezioro, otaczające nas praktycznie z każdej strony wysokie, pokryte śniegiem i lodem góry oraz Geirangerfjord w oddali z ogromnymi statkami wycieczkowymi, z tej odległości wyglądającymi jak małe zabaweczki pozwoliły zapomnieć nam o ogromnym wysiłku, jaki nas kosztowało wciągnięcie naszych obładowanych rowerów na sam szczyt.

Nie zapomnę zjazdu! 35km cały czas w dół, po drodze kilka długich tuneli (wszystkie z górki!), w jednym z nich wysiadło oświetlenie. Po drugiej stronie gór, zastała nas brzydka pogoda, jedziemy w ostrej ulewie. Cali mokrzy, dojeżdżamy do Strynu. Jedyne sensowne zadaszenie to dach biblioteki miejskiej, gdzie też przebieramy się do spania i rozkładamy już namiot, aby przenieść go w najbliższe miejsce, które nadaje się do rozbicia namiotu. Według Grzesia – lepsze byłoby rondo ale jednak nie decydujemy się na nocleg w takim miejscu :-)
Dzień 37: Stryn - Olden
Dystans: 64 km
Średnia: 21.6 km/h
Czas jazdy: 2h 58min
Rano okazało się, że rozbiliśmy namiot zaraz koło przystanku autobusowego! Ludzie patrzą się na nas jak na wariatów! W pobliskim centrum handlowym znajdujemy suchy przedsionek, gdzie jemy śniadanie, przed 14tą wyruszamy do Olden, skąd udajemy się pod lodowiec Briksdalsbreen. Znowu się rozpadało, kolejne 25km w ostrym deszczu. Zostawiamy nasze rowery w przedsionku restauracji i na pieszo idziemy 30min w stronę jęzora lodowca. Niesamowity widok – ogromna masa lodu, zawieszona na pionowej skale, niczym w powietrzu, grożnie opadająca do jeziora. Wracamy do Olden, gdzie jemy obiad i śpimy.

Dzień 38: Olden - Sogndal
Dystans: 127 km
Średnia: 19.3 km/h
Czas jazdy: 6h 35min
Rano słońce nieśmiało wychylało się zza chmur, wiszących nisko w dolinie. Po 25km płaskiej drogi zaczyna się ostry podjazd i znowu kropi deszcz – a jeszcze nie zdążyliśmy wysuszyć butów po poprzedniej ulewie. Na przełęczy Grześ wymienia klocki hamulcowe, z których po ostatnich zjazdach zostały praktycznie same strzępy. Po drodze urozmaicamy sobie życie muzyką płynącą z głośnika pawłowej komórki. Kolejne tunele, z czego 2 pod górę. Spotykamy księdza z Polski, który podekscytowany naszą wyprawą, daje nam 500NOK. Dziękujemy! Śpimy w Sogndal.
Dzień 39: Sogndal - Gudvagen
Dystans: 67 km
Średnia: 17.4 km/h
Czas jazdy: 3h 51min
Nadrabiamy ponad ponad 30km, aby odwiedzić najstarszy kościół typu Stav w Urnes. Podobny i jedyny taki w Polsce, znajduje się w Karkonoszach i znany jest jako Świątynia Vang. Wracając, jedziemy do Kaupanger, skąd następnego dnia odpływa prom do Flam.
Dzień 40: Gudvagen - Aurland
Dystans: 33 km
Średnia: 17.2 km/h
Czas jazdy: 1h 55min
Nie ma to jak zacząć dzień od prysznica! Piąty? Po dotarciu do Flam, pakujemy nasze rowery do Flamsbana (sakwy zostawiliśmy na stacji) – pociągu, który wjeżdża na 850m n.p.m., jego trasa jest wyjątkowo kręta i stroma jak na trasę pociągu. Czeka nas niesamowity zjazd w dół. To jest nasz pierwszy raz w terenie od wyjazdu z Polski! Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem tak się wyżyliśmy! Niechętnie, odbieramy nasze bagaże z przechowalni i powoli udajemy się do Aurland. Dziś właściwie był lekki dzień, kiedyś trzeba odpocząć. No co, w końcu niedziela jest!
Dzień 41: Aurland - Al
Dystans: 113 km
Średnia: 20.7 km/h
Czas jazdy: 5h 28min
Wyjeżdżając z Aurland, mamy do wyboru: jechać 24.5km tunelem (do niedawna był to najdłuższy tunel na świecie) lub przeprawiać się ostro przez góry „żółtą” drogą. Rozsądek podpowiada nam wybrać tą drugą opcję.

Zgodnie z oczekiwaniami, po kilku km zaczął się ostry podjazd i serpentyny w tunelach, na szczęście ruch na tej drodze był bardzo mały. Ludze po drodze robili nam zdjęcia, ale sobie atrakcję znależli! W końcu, po dobrych 3 godzinach ciągłej wspinaczki, dotarliśmy do ogromnego, malowniczego płaskowyżu. Paweł znów wymienia szprychę. Tym razem podjazd nie sprawił nam większych trudności, widać, że zaprawa na Trollstigen i Dalsnibba zrobiła swoje! Po krótkim odpoczynku, zaczął się zjazd i tak już zostało do końca dnia. Uff, najgorsze chyba za nami!
Dzień 42: Al - Noresund
Dystans: 126 km
Średnia: 22.7 km/h
Czas jazdy: 5h 33min
Rano obudził nas dżwięk cofającej ciężarówki. Wyglądamy z namiotu, a tu ciężarówka z piaskiem zaparkowała nam 2 metry od namiotu! Okazało się, że rozłożyliśmy się poprzedniego dnia na terenie budowy. Hm, fajna niespodzianka :-) Wojtek wstaje rano zaspany i jego pierwsze słowa: „gdzieeee mi kur*** z tym Tirem!?” Tym razem przyszła kolej na Grzesia, jeśli chodzi o wymianę opony. Wypatrzyliśmy po drodze znak mówiący, że „tylko” 3km w bok jest jakiś krater – jedziemy! Znowu podjazd… Okazało się, że ten krater to jedna wielka ściema a nasz wysiłek poszedł po prostu na marne. Zjeżdżając na dół, Wojtek z Pawłem o mały włos unikają zderzenia z jadącym w górę autobusem. Uff! Pod koniec dnia zepsuła się trochę pogoda, do tego Wojtka pobolewa głowa. Śpimy w Noresund.
Dzień 43: Noresund - Sandvika
Dystans: 100 km
Średnia: 20.7 km/h
Czas jazdy: 4h 50min
Dziś rano znów pada deszcz. Jedziemy już w kierunku Oslo, praktycznie cały dzień w deszczu. Znów wszystko przemoczone… W Hognefoss, kilkadziesiąt km od Oslo chowamy się na parkingu podziemnym i jemy tam kurczaka z pobliskiego sklepu. Na koniec dnia przejeżdżamy przez strasznie nieprzyjemny tunel, dotarliśmy na przedmieścia Oslo!
Dzień 44: Sandvika - Oslo
Dystans: 46 km
Średnia: 11.7 km/h
Czas jazdy: 3h 56min
Suszymy się po wczorajszej ulewie, świeci słońce! Do centrum Oslo dojeżdżamy ścieżką rowerową, trochę na około, ale jest ok. Wjeżdżając do Oslo, od razu rzuca nam się w oczy budynek ratusza. Faktycznie, charakterystyczna budowla (Norwedzy mówią, że jest to największy i najbrzydszy budynek w Oslo) ale mimo wszystko komponuje się z otoczeniem.

Zwiedzamy Galerię Narodową, w której znajduje się słynny obraz E. Muncha – Krzyk (pozdrowienia dla mojej nauczycielki z polskiego – p. Makarewicz!), następnie park z rzeżbami. Wszystko takie czyste i zadbane! Jedziemy w kierunku muzeum Wikingów, ale znów się rozpadało, więc szukamy schronienia (nie, dzisiaj już nie chcemy zmoknąć!). Paweł wymienia linkę przerzutki. Po godzinie przestało padać i nawet się wypogodziło, wracamy z powrotem do centrum i oglądamy niesamowity budynek Opery. Można wejść (a w naszym przypadku wjechać) na jego dach! Z góry roztacza się panorama na nowoczesną część miasta. Wszystko sprawia wrażenie, jakby dopiero co to wybudowali. Jednak jak każde duże miasto, Oslo też ma swoje niechlubne dzielnice. Kręci się chora psychicznie kobieta, coś wykrzykuje, płacze, śmieje się. Nieprzyjemnie… Uciekamy stamtąd w poszukiwaniu noclegu w pobliskim parku.
Dzień 45: Oslo - Sande
Dystans: 80 km
Średnia: 16.7 km/h
Czas jazdy: 4h 47min
Spaliśmy w parku oddalonym 4km od centrum. W nocy przeszła nad naszym namiotem ogromna burza z piorunami, ale rano się wypogodziło i świeci słońce. Jedziemy na wzgórze Holmenkollen, gdzie znajduje się słynna skocznia narciarska oraz muzeum narciarstwa (coś dla Wojtka). Z góry skoczni roztacza się panorama Oslo a wjechać na szczyt można windą – pewnie tą samą, którą wjeżdżają skoczkowie podczas zawodów. Po południu wyjeżdżamy z Oslo i jedziemy w stronę Drammen –„sypialni” Oslo, również dla nas. Śpimy w Sande, niedaleko Drammen
Dzień 46: Sande - Sandefjord
Dystans: 87 km
Średnia: 21.6 km/h
Czas jazdy: 4h 2min
Oblazły nas rano mrówki! Jedziemy na śniadanie do pobliskiego Holmestrand. Świeci słoneczko i wiatr wieje w plecy – żyć nie umierać. Kolejny piękny dzień, dla którego warto jechać na taką wyprawę! Jest 16.07, dotarliśmy na lotnisko w Torp, skąd za 4 dni zabiera nas samolot do Polski! O dziwo, trafiliśmy na dobre lotnisko i są dla nas bilety! Z niesamowitą satysfakcją, rozkładamy karimaty na pobliskim trawniku i zasłużenie, odpoczywamy przez następne kilka godzin. Wieczorem jedziemy kawałek, aby znależć dogodne miejsce do spania.

Dzień 47: Sandefjord - Ula
Dystans: 61 km
Średnia: 18.2 km/h
Czas jazdy: 3h 21min
Wstajemy leniwie po 9, świeci słoneczko. Jedziemy oglądać połów pstrągów na wodospadzie, podobno jest to jedyne miejsce w Norwegii, gdzie jest to dozwolone przy użyciu klatek. Po śniadaniu na pobliskiej stacji, wracamy w to miejsce i odpoczywamy, opalając się. Wojtek trzeci raz na tym wyjeżdzie sięga po książkę – objaw nudy? :-) Po południu jedziemy do Lavik a następnie do Ula – nadmorskiego kurortu z małą, przytulną plażą i ciekawą zabudową wśród skał.
Dzień 48: Ula - Sandefjord
Dystans: 37 km
Średnia: 16.4 km/h
Czas jazdy: 2h 15min
Nie spiesząc się, wstajemy grubo po 9 i jedziemy na śniadanie na plażę w Ula. W końcu czujemy się jak na wakacjach, móc leniwie jeść śniadanie z widokiem na morze, nigdzie się nie spieszyć.

Tą sielankę przerwał deszcz, który przegonił nas pod zadaszenie do portu. Po południu przestało kropić, więc jedziemy do Sandefjord – jest to ostatnie miasto, które odwiedzimy na tej wyprawie. Pokręcimy się trochę po centrum i jedziemy się wyspać. Dziś pijemy ostatnie piwo, za wyjazd, bardzo udany wyjazd!
Dzień 49: Sandefjord - Sandefjord
Dystans: 31 km
Średnia: 16 km/h
Czas jazdy: 1h 56min
Ale w nocy była ulewa! Paweł z Grzesiem wstali za potrzebą o 6 i strasznie padało. Ale… wstaliśmy o 10 a na niebie ani jednej chmurki i piękne słoneczko!. Po śniadaniu pojechaliśmy na pobliski półwysep Vesteroya, na którym znajduje się camping i plaża. Plaża! Wojtek z Pawłem kapią się w Morzu Północnym, Grześ podziękował. Woda wcale nie była taka zimna! Po relaksującej kąpieli w morzu i opalaniu się na molo, znależliśmy prysznic – szósty z kolei i ostatni już przed powrotem do domu. Udajemy się już na lotnisko, pakujemy bagaże, rowery i kładziemy się w kącie, nikomu nie przeszkadzając, czekając na jutrzejszy poranny lot.
Dzień 50: Pyrzowice - Bytom/Piekary Śl
Dystans: 30 km
Średnia: 21.3 km/h
Czas jazdy: 1h 25min
Upierdliwe muchy nie dały nam spać w nocy! Wstajemy o 6.00, zjadamy resztki jedzenia, idziemy odprawić nasze bagaże no i lecimy do domu! Wojtek robi sobie bubę – spadł mu rower, wbijając się korbą w jego nogę. Ała! Przez cały wyjazd nic a na sam koniec… Na lotnisku w Polsce przywitali nas gorąco tata Grzesia, Sabina i Agnieszka! Jak dobrze być na polskiej ziemi! Wracając, wstąpiliśmy na chwilę do Świerklańca, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przed fontanną. Rozstaliśmy się na Kozłowej Górze, każdy popedałował w swoją stronę…

Statystyki
Dystans: 5079km
Średnia prędkość: 19.2km/h
Czas jazdy: 259 godzin
Ilość dni: 50
Prędkość maksymalna: 74km/h

www.nordkapp.asn.pl

Powrót