pl | en | nl
 
13_200 image

Naszą Kronikę tworzą pasjonaci turystyki rowerowej z całego kraju! Wspólnie przemierzamy szlaki na 6 kontynentach, od najpiękniejszych zakątków Polski, po przełęcze Himalajów. Jeśli prowadzisz stronę zawierającą sprawozdania z ciekawych wyjazdów - wyślij nam jej adres!

 

Sunrise on East 2008

Posted by Crosso.pl (crosso) on 11-13-2008 at 07:13:31
Wyprawy >>

Sunrise on East 2008 czyli wybrane lapidaria z samotnej podróży rowerowej, przebytej z herzogowskim posmakiem wzdłuż wschodniej granicy Polski, poprzez litewską Żmudż, łotewskie zachodnie wybrzeże, Zatokę Ryską, ku najdalej na północ wysuniętemu obszarowi lądu Estonii - ku przylądkowi Purekkari.
Tomasz Wolak

„Nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór”. Słowa Par Lagerkvista najpełniej oddają moje dylematy – dylematy wspominającego podróż, który pragnie oddać przebyty czas, miejsca, spontaniczne reakcje napotkanych ludzi, a przede wszystkim kaprysy niezwykle zmiennej natury, które często najmocniej determinowały każdy z 3000 przejechanych kilometrów i sposób pokonania samotnych, deszczowych nocy – spędzonych nie raz na krańcach dzikich miejsc i krańcach wyobrażni… Dlatego też zdecydowałem się tutaj na lapidaria, a szczególnie na próbę retrospekcji opartej głównie na fotografii. Pełny dziennik podróży czeka na swój czas i powinien ukazać się już na początku nowego – 2009 roku.

Otwierająca fotografia została wykonana 16 sierpnia pomiędzy Ventspils a Mikeltornis w drodze ku Wybrzeżu Liwońskiemu zamieszkiwanemu przez etniczych Liwów, którzy jeszcze do połowych lat ’80 żyli w całkowitym oderwaniu od zdobyczy ‘cywilizowanego’ świata. Dziś rozproszeni są po teranach całej Łotwy, a 12 drewnianych osad leżących nad Bałtykiem odróżnia się głównie drogami doń prowadzącymi. Szutrowe, otoczone gęstym iglastym lasem, bagnami, wyobcowane, puste, często zatopione we mgle.
To właśnie tam, na powyższej drodze, gdy dzień chylił się ku końcowi, doznałem po raz pierwszy uczucia medytacyjnej samotności, która skupiła się jak w soczewce potęgując uczucie wolności i spełnienia… bo przecież najważniejsza jest droga, osiągnięty cel - tylko uzupełnia.

1 sierpnia 2008. Pierwsze kilometry na wyczekiwanej wschodniej drodze Przemyśl – Tomaszów Lubelski - po 14 nieprzespanych godzinach spędzonych w pociągu w pozycji półsiedzącej. Pełne słońce. Bociany. Zapach ciepła. Inny rytm życia lokalnej społeczności. Wszechobecny kult chrystusowy budził we mnie przerażenie, ale architektura kapliczna i sztuka cmentarna wzbudzały zainteresowanie i podziw, szczególnie ze względu na pieczołowitość pielęgnowania przeszłości.

1 sierpnia 2008. Szlak drewnianych cerkwi. Zderzenie zrewitalizowanej zabytkowej architektury z ciszą i kameralnością wschodniego krajobrazu.

4 sierpnia 2008. Sobibór na trasie Zbereże – Jabłeczna. Dawny obóz zagłady i miejsce pamięci ofiar nazistowskich mechanizów II wojny światowej. Zawsze gdzieś podążamy, wypełniamy drogę - czasem ostatnią, gdy jesteśmy już tylko milczącym kamieniem.

4 sierpnia 2008. Włodawa. Drewniane rzeżby strzegą Wielkiej Synagogi z 1764 roku. Historia miasta, w którym do lat ’40 XX wieku, Żydzi stanowili 60 % ludności, stanowi przykład pokojowego współistenia społeczności różnych wyznań.

5 sierpnia 2008. Lebiedziew, na szlaku Jabłeczna – Serpelice. Wzniesiony na zapomnianym wzgórzu, wzburzony wiatrem, opasany licznymi pajęczynami, pierwszy odwiedzony mizar tatarski, którego eksploracja stanowiła tylko przedsmak przed białostockim szlakiem Tatarów, czy też współczesnych - polskich Tatarów.

5 sierpnia 2008. Miękkie dywany zbóż płaszczące się wzdłuż duktów prowadzących do Janowa Podlaskiego przypominają raz jeszcze, że wszelkie piękno rozpoczyna się od słowa ‘natura’.

6 sierpnia 2008. Mielnik. Na trasie Serpelice – Białowieża. Zostawiwszy za sobą Park Krajobrazowy Przełomu Bugu, specyficzną, promową przeprawę przez Bug dotarłem do ziemi mielnickiej, gdzie przy ruinach gotyckiego kościoła i wczesnośredniowiecznego grodziska zamkowego, przekonałem się, że z wielu opuszczonych zabudowań wypływa i spogląda na mnie przerażliwy chłód.

6 sierpnia 2008. Szare szutrowe drogi pogranicza polsko-białoruskiego urzekają swoją specyfiką, spokojnym, niewzbużonym przez ruch trwaniem, podczas gdy służby drogowe odpowiedzialne za oznaczenia imponują wyobrażnią i skrupulatnością.

6 sierpnia 2008. Charakterystyczny dla prawosławia błękit - wyrażający niebo - wraz ze wszelkim jego odcieniami, dominuje pośród licznych białoruskich grobów na jednym z wielu odwiedzonych cmentarzy, które jako obiekty poznawcze są jednymi z najbogatszych ksiąg do studiowania czasu minionego.

8 sierpnia 2008. Kruszyniany. W czasie podróży Kruszyniany – Lipsk. Poprzedni dzień przyniósł niezapomniane momenty, kiedy po zmorku przejechałem wraz z delirycznym nastrojem przez Puszczę Białowieską, co wymusiło szczególną współpracę z mapami (które tak cenie), a szczególnie z intuicją podróżnią stanowiącą fundament całej ekspedycji. Dzień póżniej dotarłem na południowe krańce Puszczy Knyszyńskiej, by w końcu zasamkować orientu. Tradycyjny – podobno, oczywiście wegetariański posiłek, sporządzony przez potomków Tatarów, nocleg w namiocie tuż obok jurty tatarskiej, a w końcu wizyta w meczecie i rozmowa z młodym polskim Tatarem - Dżemilem, to wszystko niezwykle wpisało się w moje obcowania tatarskie, które dopiero się rozpoczynały, gdyż zmierzałem jeszcze do wsi Bohoniki – na spotkanie z najstarszą Tatarką tych terenów.
Fotografia przedstawia miejsce modlitw w meczecie - wyzaczone dla kobiet zgodnie z prawami szariatu.

8 sierpnia 2008. Krynki. Ignorancja lokalnych społecznośc czasem nie zna granic. Monumentalny, rozległy, przepięknie położony pośród majczących na wietrze traw, jeden z najstarszych kirkutów żydowskich w Polsce, popadł w zapomnienie nie tylko ze względu na swą lokalizację. Zginął przede wszystkim w świadomości mieszkańców okolicy, którzy nazywają ten zabytek – „miejscem w którym nic nie ma”.

9 sierpnia 2008. Spotkanie u wrót Puszczy Augustowskiej. Youth of today? Ray Cappo nie byłby zadowolony.

10 sierpnia 2008. Zmierzając ku Litwie – na trasie Smolany – Griskabudis. Poranek na Suwalsczczyżnie przywitałem wraz ze śpiewem koguta, który rządził na podwórku przemiłej Pani Marii i Pana Wiesława. Otrzymałem soczyste, czerwone pomidory. Ze smutkiem i złością patrzyłem po raz pierwszy od tygodnia w ekran, obserwując brutalne obrazy z konfliktu rosyjsko-gruzińskiego. W ciągu jednego dnia poczułem się jak w najbliższe rodzinie. Odjeżdżałem ze łzami oczach słysząc za sobą aksamitny głos Pani Marii i nieustający podziw ze strony Pana Wiesława mówiącego z namiętnością: „Ło, cholera”. Aura oddała mi to, co miała najlepsze, a ja wciąż myślami byłem przy fenomenie kulturowo-magicznym – fenomenie intuicji podróżniczej, która znów mnie nie zawiodła przy poszukiwaniu kawałka ubitej ziemi, gdy wieczorem z nadzieją pukałem w drewniane drzwi.

10 sierpnia 2008. Laba diena! Litwa. Zmierząc ku miastu Jurborkas- leżącemu nad Niemnem. Po 835 kilometrach pokonanych wzdłuż wschodniej granicy Polski, koła bicykla zetknęły się z asfaltem litewskim, wcinając się w rozległe przestrzenie, falujące pagórki, złote pola i różnobarwne łąki, na horyzoncie których często trudno było odszukać większe skupiska azbestowych dachów tamtejszej zabudowy. Tylko wzmożony ruch samochodowy i bezmyślność litewskich kierowców wprowadzały niepokój i stan walki o utrzymanie się na wąskim pasie drogi bez częstszych wizyt na kamienistych poboczach.

13 sierpnia 2008. Mierzeja Kurońska, okolice Klaipedy. 3 dzień wyjęty z podróżniczego planu za sparwą zmagań z uszkodzonym aparatem, którego nie naprawił nawet - odnaleziony przypadkiem jedyny mistrz w tym fachu w Klaipedzie. Dryfowałem w tych dniach niczym rozbita łódż. Jedna z piaskowa wydm - przyrodniczej perły wybrzeża – jąką jest cała Mierzeja Kurońska, targana była silnym wiarem i deszczem, podobnie jak moje emocje związane z poszukiwaniami najtańszego sprzętu. Największe porotowe miasto Litwy okazało się zarazem okrutne, jak i zbawienne, bo dzięki perypetiom poznałem ludzi niezwykłych.

14 sierpnia 2008. W drodze ku granicy z Łotwą. Architektura sakralna na Litwie zaskakuje swoją skromnością, brakiem wyeksponowania – często odnajdywałem kościoły znajdujące się na uboczu, w gęstwinach drzew, na obrzeżach wsi. Sprawiały wrażenie martwych miejsc. Tym bardziej jest to zastanawiające, jeśli weżmiemy pod uwagę silnie zakorzeniony tam katolicyzm.

14 sierpnia 2008. Labdien! Łotwa. Na szlaku Karkle – Nica. Pierwsze 30 kilometrów, w kolejnej nadbałtyckiej republice, licząc od zdemontowanej już granicy, zwiastowało monotonną, zamkniętą szpalerami drzew przestrzeń, z niekończącymi się nitkami dróg – w końcu wciąż zmierzałem na północ, wzdłuż wybrzeża Bałtyku, porzez jednen z najmniej zaludnionych obszarów Europy.

15-16 sierpnia 2008. Okolice Jurkalne na odcinku Bernati – Mikeltornis. Dzikie, wyludnione plaże, obfitujące w złoty, drobny piasek to skarb łotewskiej Kurlandii. Podróżowanie na bezszelestnym bicyklu wzdłuż wybrzeża ze świadomością, przebijającej z każdym obrotem korb, srebrzystej przestrzeni w postaci tafli Morza Bałtyckiego to przeżycie z gatunku metafizyki.


16 sierpnia 2008. Ventspils. Mgliste, uśpione, wręcz martwe portowe miasto z liczną XIX-wieczną zabudową. Tutaj czas odcisnął swe piętno, a wilgotne morskie powietrze żyje w idealnej symbiozie z mchem wciskającym się w każdy zakamarek.

17 sierpnia 2008. Wybrzeże Liwońskie – Narodowy Park Sliteres. Na trasie Mikeltornis – Kaltene.
Po 15 kilometrach jazdy rozstałem się na dobre z niepowtarzalnymi liwońskimi duktami docierając do Przylądka Kolka. Oczom ukazały się wody Zatoki Ryskiej, co oznaczało, że od tej pory będę zmierzał w kierunku południowym do Semingalii, do perły Bałtyku, do Paryża wschodu – do Rygi!, w której poszukiwałem czegoś mniej oficjalnego, czegoś mi bliskiego.

19 sierpnia 2008. Riga. Odcinek Jurmala – Saulkrasti. Urokliwe uliczki starego miasta zaprowadziły mnie do Muzeum Fotografii – jednego spośród kilkunastu wartych uwagi muzeów podejmujących najróżniejsze tematy.

19 sierpnia 2008. Riga. Dominanta miasta – 35-metrowy Pomnik Wolności – najwyższa budowla tego typu w Europie. Wolność? Tylko za jaką cenę?

19 sierpnia 2008. Riga. Nowe miasto. Fasada jednej z wielu kamienic tworzących unikatową w skali Europy, doskonale zachowaną dzielnicę secesyjną.

20 sierpnia 2008. Saulkrasti. Na szlaku Saulkrasti – Ainażi. Miejsce absolutnie kultowe! Miejsce gdzie pasja łączy się historią! Prywatne muzeum rowerów – prowadzone przez ojca i syna – pasjonatów z krwi i kości, którzy w swoim ogródku stworzyli kameralny wehikuł czasu, niezwykle dopracowaną maszynę pozbawiony archaicznych i banalych prezentacji powszechnych w tego typu instytucjach.

21 sierpnia 2008. Estonia. Parnu. Na szlaku Ainażi – Libatse. Tere! Śpiew estońskiego, ugrofińskiego języka to jeden z tych pierwiastków podróży, który chciałem usłyszeć. Ach, ta specyficzna, wyrażna artykulacja każdej sylaby. Centrum starego miasta wraz z niedocenianymi zaułkami przepełnione było, odbijającymi się od murów starego młyna z XVII wieku, licznymi rozmowami mieszkańców miasta.

22 sierpnia 2008. Okolice Libatse. Na odcinku Libatse – Tallinn. Bywałem rozdarty niczym niebo. Zwłaszcza gdy musiałem mówić ‘Do widzenia’, a dokładniej ‘Nagemist’ w stosunku do pomocnej rodziny Estończyków, którzy sprowadzili specjalnie dla mnie tłumaczkę - zafascynowaną Ameryką Estonkę, nakarmili i przenocowali. Podczas gdy ja, tylko pytałem o skrawek ogrodowej trawy na rozbicie namiotu. Kamień to surowiec budowlany równie często wykorzystywany jak drewno – napotykałem liczne kamienne ruiny wyłaniające się z poboczy na każdym kilometrze.

22 sierpnia 2008. Marjamaa. Cmentarz niemieckich Bałtów potwierdzający burzliwe losy Estonii, której historia targana była przez zmagania z Dunami, Szwedami, Rosjanami i Niemcami. Charakterystyczne dla estońskich cmentarzy – żelazne krzyże wraz z widniejącymi datami, ukazały XVIII wieczne miejsca pochówków. Nie często spotyka się tak leciwe, a jednocześnie tak dobrze zachowane elementy cmentarnej architektury, czy metaloplastyki.

23 sierpnia 2008. Tallinn. Eklektyzm sąsiadujących form. Jedna z wielu osobliwości stolicy, które koncentrują się w tym mieście z trudną od oddania liczebnością.

23 sierpnia 2008. Tallinn. Kolejna odnowiona kamienica składająca się na niezwykle zadbane i krystalicznie czyste Stare Miasto nie oderwne jednocześnie od ducha przeszłości. Okalające Stare Miasto mury obronne stanowią swoistą granicę pomiędzy dwoma światami – Talinem kosmopolitycznym, pełnym turystów, a szarą chaotyczną kontrastującą ze starówką pozostałą częścią miasta.

23 sierpnia 2008. Tallinn. Panorama Talina z perspektywy portu i otwartej ku północy przestrzeni Zatoki Fińskiej.

23 sierpnia 2008. Tallinn. Zatoka Fińska. Ten moment wynagrodził wszelkie bolączki, nieprzespane, zimne, deszczowe noce. Obudził też liczne tęsknoty.

24 sierpnia 2008. Kuusalu. Ostatni odcinek podróży docelowej prowadzący z Jagala do Przylądka Purekkari. Poranne oczekiwanie na otwarcie jedynego sklepu z podstawowymi częściami rowerowymi zaprowadził mnie na urokliwy cmentarz. Noc i dzień przyniosły w najbardziej dramatyczne chwile w całej podróży. Potworne ulewy. Kostniejące dłonie. Pierwsze a zarazem przedostatnie kapcie złapane na odcinku 5 km. 10-kilometrowy marsz w księżycowym mglistym, burzowym krajobrazie. Noc w przydrożnym lesie na bagnistym, nierównym podłożu spędzona na łataniu 12 dziur dwoma ostatnimi łatkami, które jak się rano okazało, cudem trzymały powietrze! Tego dnia wszystkie siły natury sprzymierzone z bezwzględnym losem usiłowały odwieść mnie od osiągnięcia celu. Determinacja jednak zwyciężyła.

25 sierpnia 2008. Przylądek Purekkari na Półwyspie Parispea. Po 2083 kilometrach osiągam upragniony cel. Wody Zatoki Fińskiej o mały włos nie porywają całego dobytku. Dzikość, przestrzeń i uczucie wolności – dopełniają się wzajemnie.

25 sierpnia 2008. Przylądek Purekkari. Dzika róża – jej owoce na długo zapadną w mej pamięci…
Rozpoczyna się droga powrotna – która zawsze jest odmienna bez względu na miejsce, czas i dystans - rządzi się innymi prawami, toczy się w innym rytmnie… Przede mną kolejne 1000 kilometrów.
Relacja z drogi powrotnej ukaże się w pełnej wersji dziennika podróży.
Serdecznie dziękuję firmie Crosso – za wsparcie i cierpliwość. Tomasz Wolak.

Powrót